niedziela, 28 czerwca 2015

Zwykły dzień Matki Polki Pracującej

Dawno nas nie było, to prawda. Nie będę obiecywać, że to się zmieni, bo nie wiem, choć bardzo bym chciała. Dzisiaj o powodzie dla którego taka przerwa. Znaleźć czas wieczorem, żeby nakreślić kilka zdań, czasem nawet więcej gdy nie pracowałam było ciężko, ale do wykonania. Znaleźć ten czas dla mnie jako osoby pracującej zawodowo - praktycznie niewykonalne... Albo kosztem snu, którego i tak jest niewiele, ale pewnie jakościowo byłoby nie do przyjęcia :)
Matka Polka każda wie jak wygląda zwykły dzień, jaką jest walką o przetrwanie i z jaką ulgą wita wieczór, gdy dzieci już po wielu bojach usną, ubranka na następny dzień są przygotowane, dom ogarnięty z większych śmieci a sama Matka Polka po szybkim prysznicu siądzie chwilę przed TV lub komputerem. Długo ta chwila relaksu nie trwa bo oczy same się zamykają...
Nie ma się co dziwić... Dla mnie sam poranek to jak niemal połowa dnia dla innych kobiet nie matek, a niechby jeszcze niepracujących. Pobudka o 6 (jak dobrze pójdzie, bo często gęsto o 5:30) - mycie, ubieranie (tutaj pierwsza walka - syn ubiera to co przygotowane, młodsza córka jeszcze też, ale Kalina ma wymagania iście księżniczkowe - ma być sukienka, ma być duża, ma się kręcić i nie zawsze ta która wczoraj była odpowiednia dzisiaj też taka jest. Na spodnie dresowe lub dżinsowe nie ma szans, rzadko przejdą geterki i to po wielkich bataliach, groźbach, prośbach i nakazach). Potem czesanie, śniadanie i zaraz ubieranie do przedszkola - druga batalia - oczywiście Kalinka ma problem z butami - adidady i crocsy odpadają, japonki lub sandały są ok - ale biorąc pod uwagę jakie lato mamy to niekoniecznie jestem w stanie jej ustąpić. Więc na sygnale wychodzimy do samochodu - płacz o to kto ma otworzyć drzwi, przypominamy sobie, że nie ma lali, torebki, heloł kity,chce się siku, kupę, pić, w aucie śmierdzi, jest gorąco, zimno itp. itd. Nareszcie ruszam przy akompaniamencie wrzasku lub ewentualnie głośnych śpiewów (nie wiem co gorsze). Rozpakowywanie ekipy w przedszkolu też nie jest łatwym zadaniem - oczywiście najpierw kłótnia kto pierwszy wychodzi z samochodu, potem każde rozchodzi się do swojej szatni - odprowadzam do sal - Sonia bez problemu, Borys bez problemu, Kalinka do niedawna bez problemu , od jakiegoś czasu przyczepiona jak rzep - buzik, przytulas, płacz, odrywanie od mamy - na koniec moja ucieczka... (od dwóch dni jakby lepiej - nie ma płaczu i ucieczki).
To był poranek, po którym następuje 8 godzin pracy, a po niej wybranie dzieci z przedszkola.
Najpierw trzeba je nakłonić żeby się przebrały - choć są już prawie ostatnie lub ostatnie. Jak już się uda to zbieramy wszystkie klamoty - lale, rysunki i inne dziwne rzeczy. Pakowanie do auta i powrót do domu.
Popołudnie to tak naprawdę kilka godzin, w których trzeba zmieścić, kolację, kąpanie, oglądanie bajek, pójście na lody, wizytę na placu zabaw, jazdę na rowerze i wiele innych spraw koniecznych.
Po kąpaniu następuje ulokowanie ekipy przed tv -oczywiście jest kłótnia o bajkę - Kalinka chce Księżniczkę Zosię ewentualnie Dorę a Borys Scoobie Doo lub Psi Patrol. Tylko Sonia grzecznie pije mleko i idzie spać - jedno z głowy a dwójca ma jeszcze jakiś czas na bajkę - Matka Polka w tym czasie zbiera brudne ubrania, które ścielą się po drodze do łazienki, napełnia zmywarkę zbierając po domu brudne kubki i talerzyki, zbiera lub wywiesza pranie, przygotowuje ubrania na drugi dzień dla dzieci i siebie. Po czym dochodzi do wniosku, że najwyższy czas by starsze potwory również poszły spać - odprowadzanie, szukanie lali, siku, herbatka i 100 pytań do, ale w końcu nastaje upragniona cisza i spokój. Jest czas żeby wziąć prysznic, zjeść kolację, poczytać długo odkładaną książkę lub po prostu Pudelka, poćwiczyć z Chodakowską, porozmawiać chociażby z mężem. Ale to abstrakcja - kąpiel, kolacja i kilka stron książki (lub dwa spojrzenia na Pudla) to max czego można wymagać od Matki Polki, która już prawie usypia a w perspektywie ma pobudkę o 6 rano i być może jeszcze jedną lub dwie w środku nocy...

A tak wyglądają Słodkie Potwory po takiej długiej przerwie :)



czwartek, 22 stycznia 2015

Rodzić z mężem czy bez męża?

Porody mi się przypomniały :)Może z racji tego, że nowe dzieci będą niedługo w moim najbliższym otoczeniu. I tak przy tych wspomnieniach zaczęłam się zastanawiać czy dobra była moja decyzja, żeby rodzić samej (tzn. bez akompaniamentu męża). W dzisiejszym czasach jestem  chyba w mniejszości, większość tatusiów uczestniczy w tym wydarzeniu, czy mają na to ochotę czy też w głębi duszy nie bardzo. Wszak ciężarnej żonie się nie odmawia, a nuż wpadnie w dziką histerię i będzie płakać, krzyczeć i wyrywać sobie włosy z głowy (ja na przykład raz w taką wpadłam, ale z innego powodu).
Ja też chciałam żeby tata był przy porodzie i mimo, że on był powiedzmy to sobie szczerze niezbyt pewny,  że też tego chce, to było postanowione, że będzie. Do czasu. Decyzja została podjęta jakby bez mojego udziału, bo w tym czasie kiedy na świat przyszedł mój pierworodny w szpitalu panowała epidemia grypy, wszystkie porody rodzinne było odwołane. Ba, nawet odwiedziny było odwołane i tatuś widział syna dopiero na drugi dzień przez szybę. Jakoś dałam sobie radę, a nawet powiedziałabym, że świetnie dałam sobie radę :) i  z perspektywy czasu jestem zadowolona, że tak się sytuacja ułożyła.
Gdzieś w sieci krążył filmik z narodzin dziecka Robiee Wiliamsa - on tam wyczyniał dzikie tańce i śpiewy podczas gdy jego żona przeżywała katusze. To niezły punkt odniesienia - jeden partner będzie troskliwie masował po karku a inny swoim zachowaniem będzie pogłębiał nerwy.
 Kolejne porody również przeżyłam bez męża - już z własnego wyboru. Można powiedzieć, że nikt nikogo do niczego nie zmuszał, a wiem że w niektórych przypadkach tak jest. Jednocześnie podziwiam i szanuję też decyzję tatusiów, którzy decydują się aktywnie uczestniczyć w przyjściu na świat swojego dziecka i przecinają pępowinę. Skoro dla matki jest to takie niezapomniane przeżycie to myślę, że dla ojca również i tylko pod tym kątem mogę żałować, że mojego męża nie było przy mnie podczas narodzin naszych dzieci.

Na zdjęciu Borys z tatą - pierwszy dzień w domu :)









środa, 21 stycznia 2015

5 lat minęło...

... jak jeden dzień. Naprawdę - niesamowite, że przez ten czas zdążyłam urodzić jeszcze dwójkę dzieci :D. Wydaje mi się jakby to było wczoraj... Rano odeszły mi wody, po południu zaczęłam czuć jakieś skurcze, a dopiero o 20:45 wykluł się długo wyczekiwany synek. Najpiękniejsze uczucie na świecie - w oczach pojawiają się łzy - nie z bólu, choć bolało bardzo, ale ze szczęścia, bo w jednej sekundzie ból przestaje być odczuwalny.
Jak wiele się zmieniło przez te 5 lat. Jak bardzo samodzielny stał się mój syn, choć tak naprawdę jeszcze nadal bezbronny i zdany całkowicie na nas, polegający na nas bezgranicznie. Umie już liczyć i dodawać, zna niektóre literki i coraz lepiej posługuje się tabletem (to akurat nie wiem czy jest powód do radości, ale jakieś osiągnięcie na pewno :)). Kocha dinozaury i superbohaterów, potrafi zatracić się w zabawie ulubionymi resorakami. Nie lubi sam spać co dotkliwie odczuwamy prawie każdej nocy... Chodzi na basen i uwielbia pływać. Sam o sobie mówi, że jego talentem jest szybkie bieganie i pływanie :) Lubi układać puzzle i grać w gry.  Jest tak naprawdę zwykłym pięciolatkiem - dla mnie jednak nie jest zwykłym dzieciakiem - jest najwspanialszym dzieciakiem pod słońcem!



piątek, 14 listopada 2014

Między nami mamami, czyli do czego się nie przyznajemy :)

Ja wiem, że istnieją mamy idealne - czytam o takich i czasem zdarzy mi się z takimi rozmawiać :). Ale ja do nich nie należę i szczerze mówiąc uwielbiam mamy nieidealne, które na dodatek potrafią się do tego przyznać :). Założę się jednak, że nawet mamy nieidealne mają swoje tajemnice, które nie mają prawa ujrzeć światła dziennego i teraz właśnie ja ujawnię Wam swoje, z których nie jestem dumna, które chciałabym zmienić, ale do których się przyznaję, bo do ideałów to ja na pewno nie należę.

1. Smoczek - powinno się go wyparzać, ewentualnie przelać wrzątkiem, no dobra chociaż wypłukać pod bieżącą wodą... ale faktem jest że zdarza mi się go oblizać...
2. Upadek - ostatnio zadzwoniła do mnie znajoma mama, z pytaniem, czy któreś z moich dzieci spadło kiedyś z łóżka. Odpowiedź - każde.
3. Zaraz - pewnie idealna mama po powrocie z pracy, ogarnięciu bajzlu i zmianie pieluchy z kupą z uśmiechem na twarzy siada do zabawy lalkami barbi tudzież resorakami. No cóż, mnie dość często zdarza się mówić w takiej sytuacji - zaraz przyjdę.
4. Idealne mamy mówią/piszą, że krzyk to to wyraz naszej bezsilności. No i tu się z nimi zgodzę - ale najważniejsze, że czasem działa i Potwory dają chwilę wytchnienia.
5. Bajki - tylko pół godzinki dziennie przed spaniem. Ja się przyznaję, że w sobotę (dzień sprzątania) bajki lecą pół dnia - dzięki temu przez drugie pół dnia dom nie wygląda jak po przejściu tornada.
6. Pampersy - nie jest to rutyną, ale zdarzało mi się nie zmienić pampersa przez dłuższy okres czasu, np. do momentu kiedy wisiał już między nogami i dzieciakowi się źle chodziło.
7. Konsekwencja - pewnie to największy mój błąd wychowawczy i sama sobie jestem winna, ale faktycznie nie należę do osób, które są konsekwentne w stosunku do dzieciaków, często im ulegam i naginam zasady, ale cóż... muszę im jakoś wynagrodzić te 6 pierwszych punktów :)

A do czego Wy możecie się przyznać?

Takie wakacyjne foto, bo zepsuł mi się aparat i na razie brak świeżych fotek :) Potwory z tatusiem.

wtorek, 2 września 2014

Trzeci przedszkolaczek

I stało się - Sonia dołączyła do zacnego grona przedszkolaków. Mam takie szczęści
e, że wszystkie moje maluchy mogą uczęszczać do jednego miejsca, co prawda obecnie każde do innej grupy, ale jednak to duuużo ułatwia - nie tylko logistycznie.
Sonia od poniedziałku zostaje w grupie maluszków (dla przypomnienia ma już 17 miesięcy), ale na razie jest to swojego rodzaju adaptacja - kilka godzin dziennie (wczoraj i dziś około 1,5 godziny).
Ja nie należę do grona matek - wariatek (może dlatego, że przerabiam to po raz trzeci ;)), która bardzo stresuje się jak to będzie i czy będzie płakać i na pewni nie w moim stylu jest stać pod drzwiami i wysłuchiwać płaczu mojego dziecka... ale jednak jest lekki niepokój i w tyle głowy kołaczą się obrazy kwilącego Soniaczka.
Nauczona jednak doświadczeniem wiem, że nie dzieje się jej krzywda, a wręcz przeciwnie - mam poczucie, że tylko wyjdzie jej na dobre - zyska nie tylko na kontakcie z dzieciakami ale nauczy się też wiele rzeczy i stanie się bardziej samodzielna. Wiem, że tak będzie na przykładzie Borysa i Kalinki. Widzę jak dobrze wpływa na nich pobyt w przedszkolu i jestem szczęśliwa, że trafiłam na tak fajną placówkę, która nie tylko przechowuje dzieci w godzinach pracy rodziców, ale uczy i wychowuje (kolokwialnie mówiąc).

wtorek, 19 sierpnia 2014

Po długiej przerwie...

Po długiej przerwie i przystosowywaniu się do nowej rzeczywistości wracam powoli do świata i bloga swego, nieco zaniedbanego.
Jako, że jestem teraz pracującą mamą to muszę z całą stanowczością stwierdzić, że im mniej czasu się posiada tym lepiej jest się go w stanie zagospodarować. O dziwo mam nawet pomalowane cały czas paznokcie, podczas gdy nie pracowałam zdarzało mi się paradować przez dłuuugi czas z "gołymi". Wieczór jakby się rozciągał - i pranie wstawione i obiad ugotowany na drugi dzień, i jest chwila nawet żeby na necie usiąść. Na ćwiczenia i blogowanie już nie starczało, ale w moich planach jest, żeby i te przyjemności nie były zaniedbane :). No cóż, chyba muszę stwierdzić, że do tej pory się leniłam skoro wiecznie na nic nie miałam czasu - a byłam przecież w domu 8 godzin dłużej :)
Miałam dużą potrzebę powrotu do pracy, wyjścia do ludzi i z tego powodu cieszę się, że rozpoczęłam nową pracę. Zastanawia mnie tylko jedno - czy teraz wszędzie są plany, zadania, cele? Czy z każde jedno posunięcie ma przynieść zyski? Czy każdy człowiek jest tylko mechanizmem w większym zegarze? Mam wrażenie, że kiedyś było inaczej i człowiek nie był tylko narzędziem do robienia pieniędzy, ale to co robił miało jakieś większe znaczenie.
Usłyszałam na szkoleniu do nowej pracy takie zdanie - wypowiedziane notabene przez Jacka Walkiewicza - Czy się opłacało? Nie, ale było warto. To zdanie - wyrwane co prawda z kontekstu (można całego wykładu pana Walkiewicza posłuchać na Youtube pt. "Pełna moc możliwości") dało mi bardzo do myślenia i często je sobie przypominam w codziennych sytuacjach.
Postaram się częściej pisać na blogu, bo przez ostatnie tygodnie mi tego brakowało, ale mój organizm musiał się przystosować do nowych warunków życia. Wszystko wraca do normy więc myślę, że blogowanie też wróci, bo przecież warto :)


czwartek, 24 lipca 2014

Mama wraca do pracy :)

Kiedyś w końcu przychodzi taki moment, kiedy mam wraca do pracy. Pewnie jedna mama zrobi to szybciutko a inna będzie odwlekać decyzję w nieskończoność, ale jednak większość z nich kiedyś wreszcie to zrobi. Dla mnie ten czas nadszedł właśnie teraz i na dodatek zaczął się bardzo ciężko, bo rozstaniem z rodziną na dwa długie tygodnie. Wiązało się to ze zmianą pracy - wychodząc z założenia, że chcę pogodzić pracę zawodową z byciem mamą zdecydowałam się na zmianę pracy (dotychczasowa była w godzinach popołudniowo -wieczornych a to życiu rodzinnemu zdecydowanie nie służy). Tak więc najpierw poszukiwanie pracy, a kiedy już się zdecydowałam to czekało mnie szkolenie bardzo daleko od domu. Na szczęście, dzięki pomocy rodzinki, udało nam się jakoś te dwa tygodnie przetrwać i mimo, że niektórym wydawało się, że dla mnie będzie to odpoczynek, to nie mogę tego tak nazwać. Być może odpoczynek od obowiązków domowych, ale wczasy to na pewni nie były, mimo że wróciłam opalona jak nigdy :). To jeden z plusów - drugim jest to, że poznałam kilka fajnych, wartościowych osób, z którymi mam nadzieję utrzymywać kontakt, mimo że mieszkają daleko ode mnie.
Dzieciaki po moim powrocie niesamowicie się ucieszyły - wszystkie - poza Sonią. Ona zareagowała płaczem. Ja oczywiście razem z nią, choć szczerze mówiąc spodziewałam się takiej reakcji. Jestem realistką - ona jest jeszcze maleństwem i nie widziała mnie dwa tygodnie - po prostu zapomniała. Na szczęście zajęło jej jakieś 15 minut, żeby sobie przypomniała i od tej chwili nie mogła się już ode mnie odkleić.
Doceniam ten czas rozłąki z rodziną i mam nadzieję, że on da na tylko plusy i dobrze wpłynie na nasze relacje.
Teraz zaczął się kolejny etap - mama wraca do pracy i musi się zorganizować, a już widzę, że będzie to trudne zadanie :).
A takie miałam widoki podczas mojego dwutygodniowego wyjazdu szkoleniowego - troszkę osładzały trudy rozstania...