poniedziałek, 30 grudnia 2013

Celebrowanie ciąży

Kiedy widzę kobietę w ciąży to dziękuję Bogu, że ten okres mam już za sobą. Mówi się, że ciąża to najpiękniejszy okres w życiu kobiety. No cóż, nie wiem, może niektóre kobiety tak rzeczywiście uważają - te które mają jedno dziecko, nie rzygały przez pierwsze trzy miesiące albo i dłużej, potem nie miały nastrojów z piekła rodem, te którym urósł tylko brzuch i tylko do tego stopnia, że nie zasłaniał palców u stóp. I te, którym stopy nie spuchły, zgaga nie dokuczała, kręgosłup nie wysiadł i nie musiały leżeć pół ciąży, bo ciąża zagrożona (tu nie dość że strach o dziecko to jeszcze liczenie much na suficie z nudów).
Niby ciąża nie choroba, ale ze sportami trzeba uważać, jeść tylko zdrowe i pełnowartościowe posiłki (taki McDonalds odpada w przedbiegach), słodkie niewskazane no i absolutnie nie jeść za dwoje tylko racjonalnie. Dobrze się mówi, ale kiedy włącza się wilczy apetyt i do tego zachcianki, te wszystkie zalecenia zalegają gdzieś na dnie naszego mózgu a ciężarna wpierdziela ptasie mleczko, zagryzając hamburgerem i popijając to wszystko pepsi. Wszystkie zalecenia nieważne, liczy się tylko spełnienie żądzy.
Skoro o żądzach mowa, to z tym też różnie bywa - albo apetyt nadmierny albo nie, ale na pewno nie współmierny z możliwościami, które delikatnie mówiąc, są ograniczone. Więc albo dajemy sobie czas na celebrowanie swojej ciężarności albo oddajemy się nie do końca dzikiej namiętności.
Mówi się, że każda ciąża inna - ja byłam trzykrotnie w tym "błogosławionym" stanie i za każdym razem objawy były podobne.Nie mogę narzekać - wymiotów zero, zgaga ze dwa razy, zachcianki ograniczone, kręgosłup tylko lekko pobolewał, stopy puchły tylko przy Kalince. Poza tym, że miałam napady lekkiej histerii, brzuch rósł do monstrualnych rozmiarów (i nie tylko brzuch) a w nocy pęcherz budził mnie co godzinę, to wszystko było ok. Nastrój miałam generalnie dobry i chociaż w dwóch przypadkach w brzuchu była dziewczynka, to przy każdej ciąży dostawałam same komplementy.
Żeby było uczciwie ciąża ma też swoje dobre strony. Pierwszy ruch dziecka. I każdy kolejny. Można położyć sobie talerz z kolacją na brzuchu. Albo kubek. Można powiedzieć, że ciężarnej się nie odmawia, bo inaczej Cię myszy zjedzą i naprawdę mało kto się odważy odmówić. Można bezkarnie spać w ciągu dnia zasłaniając się ogromną potrzebą snu (jeśli nie ma się już dzieci - wtedy to jest niewykonalne). Jest pewnie jeszcze kilka miłych rzeczy związanych z ciążą, ale mimo tych miłych sytuacji - ja pasuję. Ciekawe czy Wy wspominacie ciążę, jako doświadczenie, które chciałybyście powtórzyć czy niekoniecznie i jak ten czas wspominacie?



niedziela, 29 grudnia 2013

Problemy w supermarkecie

Jakiś czas temu pisałam o systemie motywacyjnym, który zorganizowałam dla synka, aby nauczyć go samodzielnego zasypiania. Więcej możecie poczytać TU. System zadziałał i syn usypia zupełnie sam, ale założenia należy wypełnić do samego końca. I wyglądało to tak, że skoro ostatnią uśmiechniętą buzię narysowaliśmy w 1 dzień Świąt to jak najprędzej musieliśmy wybrać się po obiecany prezent. To nic, że prezentów niezliczoną ilość przyniosła Gwiazdka pod choinkę, przecież od przybytku głowa nie boli. No musiałam swoją obietnicę spełnić, więc odbyliśmy wycieczkę do Tesco.
Plan był prosty - dwójka potworów, dwa szybkie wybory - kasa i powrót do domu. Dział z zabawkami w Tesco mamy niezbyt rozbudowany na szczęście, ale i tak moje starsze dziecko nie mogło się zdecydować - w końcu po niezliczonej ilości podsuniętych przeze mnie zabawek w przyzwoitej cenie, Borys zdecydował się na figurki Transformers - które na dodatek rozbierane są na małe cząsteczki plątające się teraz po całym domu. Nie ważne co, ważne że wybrane i jeden dzieć z głowy.
Z Kalinką byłoby łatwiej, bo złapała najpierw gumową świnię, potem krowę, ale matka zamiast według planu iść do kasy, stwierdziła, że tyle już zwierzaków w domu, to może jakąś lalę (tak jakby lal było mało w domu). Z półki z tanimi lalkami wybrałam małą, w nosidełku, podsunęłam córce, wybór zaakceptowany, na cenę nie zwróciłam uwagi, bo wzięłam z półki z tańszym asortymentem - liczyłam że około 30-40 zł. Niestety przy kasie czekała mnie niespodzianka - lalka kosztowała 90 zł - masakra, ale postanowiłam odżałować i oszczędzić sobie wrzasków i płaczu, anulowania rozpoczętego paragonu, powrotu do półek z zabawkami i dokonywania kolejnych wyborów.
 Kiedy dojechaliśmy do domu okazało się, że lalka nie ma ściąganego ubranka i Kalinka jej nie chce, chce inną - ze ściąganym ubrankiem. No wtedy to już zaczęła mnie brać cholera - no bo jakby się jeszcze bawiła to bym te 9 dych odżałowała, ale jak ma leżeć niechciana to nie ma opcji - oddaję. No i oddałam, bo pomyślałam, że za te pieniądze to mogę kupić naprawdę fajną zabawkę, którą dzieciaki będą się bawić a nie małą laleczkę, której na dodatek nie ściąga się ubranko.
Kiedy wróciłam do domu córeczka już spała, a na drugi dzień nawet nie pamiętała, że istniała jakaś lalka (chociaż na wszelki wypadek wzięłam inną - tańszą i ze ściąganym ubrankiem - ale czeka spokojnie w szufladzie na jakąś okazję).




sobota, 28 grudnia 2013

Poświąteczny nastrój

W święta nikt nas o dziwo nie odwiedził, za to dzisiaj mieliśmy dwie miłe wizyty :) Niby już po świętach a ja czuję się nadal oderwana od rzeczywistości... Niestety mąż musiał dzisiaj już do pracy uderzać, ale fakt, że dzieci są w domu tak długo, wizyty gości, resztki świątecznych ciast sprawiają, że jestem jeszcze w świąteczno - leniwym nastroju. Chociaż lenić to ja się nie lenię - dzieci w domu sprawiają, że ciągle jest coś do zrobienia, a to że przez kilka dni nie robiłam prania sprawiło, że w łazience zaczynają się piętrzyć rzucone na odwal się brudne ubrania. Na dodatek nawał nowych prezentów - dzieciaki oczywiście próbują przy każdej nadarzającej się okazji zaciągnąć mnie do zabawy - nie zawsze im się to udaje (twarda jestem), ale czasem ulegam i gram w dinozaury, skaczące żabki i basen, układam puzzle Kubusia Puchatka i Tomka, zamieniam się w najlepszą przyjaciółkę Rainbow Dash i popijam kawkę razem z zacnym gronem lal, które po nakarmieniu odkładamy do łóżeczek. Układam różnorodne konfiguracje domków z lego duplo i walczę z dinozaurami.  Kiedy tylko dzieciaki widzą, że nie kręcę się pomiędzy kuchnią, łazienką a jadalnią (nie daj boże przycupnąć gdzieś na rogu kanapy), od razu mnie atakują. O ile układanie puzzli, gry czy malowanie i kolorowanie sprawia radość to już we wcielaniu się w role i odgrywaniu scenek nie jestem najlepsza (nie wspominając już o zabawie w machanie zieloną brzęczącą małpką przed oczami niemowlaka)...Już lepiej wziąć się do roboty i zacząć sprzątać (albo przynajmniej udawać) :)
Ostatnie dni na fotkach





piątek, 27 grudnia 2013

Torcik jabłkowy

Dzisiaj przepis na torcik, który zrobiłam na święta, a przepis, który dostałam od koleżanki, pochodzi z książki Ewy Wachowicz. Zostałam nim poczęstowana i muszę powiedzieć, że dawno już mi placek tak nie posmakował, więc na pewno będę go jeszcze nie jeden raz robić.Torcik jest prosty w wykonaniu i przepyszny. Przepis na tortownicę o średnicy 25 cm, ja takiej nie mam, zrobiłam na 24 cm.
Na ciasto potrzebujemy:
250 g mąki
100 g cukru
125 g margaryny
1 cukier waniliowy
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka

Mąkę z proszkiem do pieczenia przesiewamy na stolnicę, dodajemy cukier, cukier waniliowy i margarynę i siekamy nożem. Robimy na środku wgłębienie i wbijamy 2 jajka. Zarabiamy ciasto, tak aby było elastyczne. Odcinamy 1/3 ciasta a pozostałą częścią wykładamy dno tortownicy. Pozostałą częścią wyklejamy boki i łączymy ze spodem.
1 kg jabłek kroimy w cienkie plasterki i wykładamy równo na ciasto. Wybrałam szarą renetę, bo najbardziej nadaje się do szarlotek.

Masa:
2 budynie śmietankowe bez cukru
3/4 litra soku jabłkowego
1 cukier waniliowy
4 łyżki cukru

w 1/4 litra soku rozpuszczamy budynie, cukier waniliowy i cukier, pozostałą część soku zagotowujemy. Wlewamy rozpuszczone budynie, doprowadzamy do wrzenia i chwilę gotujemy cały czas mieszając. Jeszcze ciepłą masę wylewamy na warstwę jabłek.

Ciasto wstawiamy do nagrzanego do 160 stopni piekarniki i pieczemy około 70 minut.

Masa śmietanowa:
0,5 litra śmietanki kremówki 36 %
1 łyżka mleka w proszku
cukier waniliowy
Śmietankę ubić z cukrem waniliowym i mlekiem w proszku, udekorować tort - wierzch i boki, można posypać kakao. Ja nie jestem mistrzem cukiernictwa, ale dekorować można wedle własnego uznania i umiejętności :)
Na zdjęciu część która pozostała, nie zdążyłam niestety zrobić zdjęcia całości.
Smacznego :)


czwartek, 26 grudnia 2013

Jeden pewny punkt dnia

Mój syn Borys to niezły niejadek - jeżeli czytaliście wcześniejsze notki, to pewnie wiecie, że wymyślam różne sposoby, żeby przekonać go do różnych nowych potraw i smaków. Widzę, że z wiekiem jest coraz lepiej i sam zaczyna próbować nowych rzeczy. Jestem w takich sytuacjach bardzo szczęśliwa, nawet jeżeli to kilka kęsów i Borys stwierdza, że to jednak nie to. Ważne dla mnie jest, że w ogóle próbuje. Jednak od mały, jednego posiłku nigdy mu nie odpuszczam - jest to zupa. Wszystko dlatego, że Młody je bardzo mało nie tylko surowych, ale i przetworzonych warzyw i owoców, a to jednak jest porcja zdrowia dla takiego małego rosnącego organizmu. Powiem szczerze, że były cieżkie momenty, kiedy odmawiał jedzenia zupy i musiałam się nieźle nagimnastykować żeby mu ją jakoś przemycić, ale powoli doszłam do momentu, że zupa jest naszym stałym punktem dnia. Dzisiaj bywa różnie - raz dzieciaki siadają chętnie a innym razem wybrzydzają, ale generalnie zawsze to danie jest zjedzone. Jeśli dzieci są w przedszkolu - jedzą zupę tam, ale nie zawsze tak było (wtedy zupka była codziennie po powrocie). Najbardziej moje dzieciaki lubią rosołek (jak większość maluchów), ale robię też często pomidorową, jarzynową, brokułową, kalafiorową czy krupnik. Wiem, że w przedszkolu Borys zjada też inne zupy - takie których ja nie robię, np. barszcz ukraiński czy zupę grysikową. Teraz mam zamiar zacząć trochę eksperymentować i robić różne inne zupki - takie których do tej pory nie jadaliśmy.
Na zdjęciach moje potworki z dnia wczorajszego :)



środa, 25 grudnia 2013

Świąteczny czas

Święta upływają nam bardzo rodzinnie. Wczorajszą wigilię przygotowaliśmy u siebie. Co prawda był lekki falstart - dania wylądowały na stole zanim jeszcze zaczęliśmy się dzielić opłatkiem i zbierałam je z powrotem żeby nie ostygły. Uszka, które własnoręcznie robiłam podobno w smaku ok, tylko lekko się posklejały - no cóż, to był mój pierwszy raz, więc zostało mi wybaczone. Poza tym dań nie było 12, a 10, ale wszyscy podciągnęli wodę mineralną i Pepsi z naklejką KOMPOT pod dania wigilijne.
 Byłam pewna, że będziemy ryczeć jak bobry, ale o dziwo daliśmy wszyscy radę. Mimo to w powietrzu czułam taki smutek - to pierwsze Święta bez dwóch bardzo bliskich mi osób - mojej siostry i mojej teściowej. Jednocześnie pierwsze z moją najmłodszą córeczką... Spędzając czas w kuchni w Wigilię i dzień przed nią myślałam cały czas o nich i przypominałam sobie poprzednie Święta, kiedy już wszyscy czuliśmy nadchodzące zmiany...
Po kolacji dzieciaki pobiegły sprawdzić czy Gwiazdka nas odwiedziła i znalazły pod choinką całą masę prezentów. Oczywiście radości było wiele - mogę powiedzieć, że Rainbow Dash (o którym pisałam TU)  to była miłość od pierwszego wejrzenia, niestety nie przewidziałam tego, że tą miłością zapała do kucyka również Sonia. Poza zabawkami Gwiazdka przyniosła w paczkach słodycze i obawiam się, że zjedzenie na raz paczki żelków nie jest dobrym pomysłem - u Borysa skończyło się gorączką i złym samopoczuciem. Na szczęście szybko przeszło i dziś mogliśmy spokojnie jechać w odwiedziny do rodzinki. A tam kolejne prezenty i świąteczne obżarstwo - sama nie wiem, czy to lubię czy nie - w każdym razie nie siedziałam cały czas przy stole, bo moje potworki ciągnęły mnie cały czas do zabawy. Piszę potworki, ale chyba powinnam zmienić nazwę bloga na Aniołki, bo cały czas słuchałam, jakie to moje dzieci są grzeczne i spokojne - nie pokazały swojej prawdziwej natury - dobrze się potrafią kamuflować.
Jutro kolejny dzień świątecznej laby, a potem... Święta, święta i po świętach :)




niedziela, 22 grudnia 2013

Świąteczne przygotowania

Ostatni tydzień minął nam już trochę pod znakiem przygotowań do świąt. Zaczęło się w ubiegłą niedzielę ubieraniem choinki. W ciągu tygodnia pomału doprowadzałam dom do stanu jakiej takiej użyteczności. Po drodze jeszcze upiekliśmy pierniki.
Dzieci w przyszłym tygodniu idą do przedszkola tylko w poniedziałek, a potem cały tydzień mają wolny. Już nie mogą się doczekać, kiedy wszyscy razem będziemy w domu i będziemy się bawić, grać i wariować.
Dzisiaj spędziliśmy czas w domku, na obiedzie mieliśmy gościa - dziadka Krzysia i wujka. Po obiadku poszliśmy na krótki spacer na Rynek, dzieciaki pobiegały, a po powrocie zapaliliśmy w kominku i zaświeciliśmy światełka na choince.
Z nowości jeszcze jedno - wczoraj odkryłam, że Soniak ma już pierwszego zęba - na dole. Czyli, że się zaczęło...
Zaproponowałam mężowi, że zrobię mu listę prezentów, które chciałabym dostać pod choinkę i mam problem - jakoś tyle rzeczy zawsze mi się podoba, a teraz - nie mam pomysłu co chciałabym dostać - przychodzą mi do głowy albo bardzo drogie rzeczy albo takie, które nie są dostępne od ręki.
Jako, że wigilia w tym roku będzie u nas, porobiłam zakupy i posprzątałam dom - jutro będę piec placki i kroić warzywa na sałatki. A, no i jeszcze umyć podłogi. Świąteczne szaleństwo powoli się zaczyna - jak co roku obiecuję sobie, że w tym roku na luzaka i mam nadzieję, że tym razem mi wyjdzie.




sobota, 21 grudnia 2013

Samodzielność dziecka

My mamy tak już mamy, że wydaje nam się, że nasze dzieci cały czas potrzebują naszej pomocy. I teraz kwestia jest taka, jak szybko połapiemy się, że nasze dzieci robią się już coraz bardziej samodzielne i naszej pomocy potrzebują coraz mniej. Prawda jest taka, że często nie pomagamy a wyręczamy nasze pociechy, żeby było szybciej, żeby one nie marudziły, bo po prostu tak je nauczyliśmy i tak jest łatwiej. Sama jestem w takiej sytuacji, że wmawiam sobie, że jak nie nakarmię Borysa to nic nie tknie - zrobiłam próbę i nie karmiłam go, ale usiadłam i pilnowałam żeby zjadł sam chociaż część porcji. Od dawna je sam obiad czy kolację, ale problem jest z zupami. Częściowo się udało i ostatnie łyżki podaję ja - tylko dlatego, że bardzo zależy mi, żeby syn zjadł pełną porcję zupy, ponieważ jest niejadkiem i jest to jeden z posiłków, które dostarczają mu dużo wartości odżywczych. Gdyby to było inne danie, to nie paliłabym się tak do pomocy. Kalinka bardzo szybko chciała wszystko sama robić i teraz też sama już je wszystkie posiłki. Teraz jestem z tego zadowolona, ale był okres, że miałam ochotę wyrwać jej łyżkę z dłoni - bo nie dość, że jadła powoli, to wszystko dookoła było upaćkane, co wiązało się ze sprzątaniem tego bałaganu, zmienianiem bluzeczki, a nieraz i całego ubioru, myciem rączek i buzi...masakra. Ale, teraz z nią nie ma problemu, a Borys jest rozleniwiony z mojej winy i lubi być karmiony.
Druga taka sytuacja, to samodzielne ubieranie. I tu analogicznie - człowiek popuszcza, bo szybciej i lepiej sama to zrobię. Nie mogłam patrzeć jak się grzebie, ale w końcu się ogarnęłam i powiedziałam dość - szczególnie, że jak chciał to potrafił rozebrać i ubrać się w ekspresowym tempie. Kolejny raz nauczyłam go, że coś za niego robię i tak mu było wygodnie. Zmieniłam to, teraz pomagam mu w ubieraniu i ściąganiu kalesonków, przed i po przedszkolu, bo inaczej spędzałabym pół dnia w szatni przedszkolnej, czasem też w górnej części ubioru, ale pracujemy nad tym :).
Sprzątanie zabawek i swoich pokoi to temat rzeka i tu głównie mój mąż wyręcza dzieciaki, bo one wiedząc, że im nie odmówi słodkimi głosikami proszą : pomożesz mi pozbierać klocki? Po czym siedzą i patrzą jak tata zbiera. Generalnie jednak staramy się też chociaż częściowo nauczyć ich, że po zabawie należy poskładać swoje rzeczy - czasem wychodzi a czasem nie :)
Tych codziennych czynności, w których pomagamy dzieciom jest mnóstwo - mycie się, mycie zębów, czesanie, korzystanie z toalety, pomoc w sprzątaniu. To co jeszcze zauważyłam, to że mimo, że Borys jest leniuszkiem i lubi jak ja go wyręczam w wielu sprawach to jednocześnie sam też lubi podejmować próby (jeśli tylko mu się chce) i kiedy coś mu wychodzi, jest z siebie niesamowicie dumny - ja to podkreślam i zawsze go chwalę.
W każdym z aspektów życia codziennego trzeba pozwolić dziecku próbować samemu pokonywać kolejne kroki. Ja to już wiem i każda mama musi w pewnym momencie to sobie uświadomić, żeby po prostu nie zrobić krzywdy swojemu dziecku. Ja wiem, jak jest - praca, mało czasu i wieczny pośpiech i tego nie da się przeskoczyć - czasem rano dla pracującej mamy liczy się każda minuta. Ale warto chociaż częściowo dać dzieciakowi się wykazać - małymi krokami też można nauczyć się samodzielności.
Muszę napisać też, że dużą rolę w kształtowaniu samodzielności u moich dzieci odegrało przedszkole - to drugie miejsce po domu, w którym zdobywają nowe umiejętności i wiedzę.



piątek, 20 grudnia 2013

Coś dla mamy - pyszna gorąca czekolada

Gorąca czekolada chodziła za mną od jakiegoś czasu. Składniki już dawno kupione czekały w szufladzie - nawet czekoladę ukryłam żeby nikt mi jej nie zjadł. Co prawda musiałam kupić drugą, bo już jedną zdążyłam skonsumować, ale w końcu dzisiaj zrobiłam. I polecam, bo nie umywa się do tej z torebki a jej wykonanie nie zajmuje dużo czasu.
Dwie duże porcje:
400 ml mleka - może być odtłuszczone
250 ml śmietanki 30 lub 36 %
1/4 tabliczki czekolady gorzkiej
1/4 tabliczki czekolady mlecznej
Można dodać ulubione dodatki, ja postawiłam na likier Wild Africa, który wlałam na samym początku na dno kubka.
Podgrzać mocno mleko ze śmietanką, a kiedy będą już bardzo gorące dodać połamaną na kawałki czekoladę, mieszać aż do rozpuszczenia na małym ogniu.Przelać do kubka i podawać gorące.
Polecam :)


czwartek, 19 grudnia 2013

Prezent gwiazdkowy dla Kalinki

Mieliśmy robić dla dzieci większe prezenty pod choinkę, a symboliczne od Mikołaja. Jednak Mikołaj się w tym roku spisał na medal (możecie przeczytać o tym TU ), więc Gwiazdka nie szalała prezentowo. Tym bardziej, że i tak się tych podarków uzbiera od pozostałej rodzinki. Przy okazji więc zakupów wstąpiłam do Tesco sprawdzić pod czym to się półki z zabawkami uginają i, o dziwo (bo ja wybredna i mało zdecydowana jestem) znalazłam i kupiłam prezent dla Kalinki. Wiem, że będzie jej się podobał, bo bawiła się bardzo podobną zabawką u swojej koleżanki. Zresztą to opiekuńcza dziewczynka jest, a to "coś" aż samo się prosi, żeby się nim zaopiekować.
Otóż jest to konik Pony o wdzięcznej nazwie "Rainbow Dash" (czy jakoś tak). Poza tym, że jest śliczny i coś tam sobie śpiewa i gada to nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Jakoś od pewnego czasu zauważyłam jednak, że wszędzie te kucyki Pony, i Kalinka też ma już kilka jakichś małych. Ale najlepsze jest to, że nawet nigdy nie oglądała bajki :)
Pamiętam, że chrzestna mama Borysa, kiedy była mała miała też bzika na punkcie tych koników i na okrągło oglądała na video bajki - inne niż te dzisiejsze, co prawda, ale też o kucykach Pony. Teraz to pannica na studiach a koniki dalej w modzie :)
Prezenty dzieci dostaną w wieczór wigilijny, więc wtedy dopiero przekonam się czy zabawka jej się podoba.






środa, 18 grudnia 2013

Pierniczki

Miałam w tym roku odpuścić, darować sobie wspólne pieczenie pierniczków. Ale nie dałam rady... Chodziły za mną, chodziły i wychodziły. Dodatkowo zmotywowała mnie koleżanka (uwielbiam te nasze telekonferencje), która właśnie na dzisiaj zaplanowała pichcenie wspólnie ze swoimi dziewczynkami. No i w końcu podjęłam decyzję, że co ma być to będzie, ale pierniczki upieczemy. I upiekliśmy.
Dzieciaki były oczywiście zachwycone, ja na początku też, a potem tylko mówiłam sobie w myślach: "Daj spokój, Ewa, to przepis na świąteczną frajdę...". Szczególnie kiedy Kalinka po raz kolejny po kryjomu dosypywała mąki do ciasta a potem zamiast wycinać kształty uparcie zwalała ciasto ze stolika i rozdeptywała je kapciuszkami :) No cóż, za rok będzie lepiej, wnioskuję patrząc na Borysa, któremu szło całkiem dobrze i bardzo się zaangażował. Potem wcinał upieczone ludziki - to znaczy zjadał im głowy i stopy, korpusy zostawiał nie wiedzieć czemu?
W każdym razie pierniczki są i mimo zwiększonej ilości mąki w przepisie, są bardzo smaczne, co zostało potwierdzone przez tatę. Co prawda jeszcze nie polukrowane, ale tą przyjemność zostawię sobie na inny dzień :)




wtorek, 17 grudnia 2013

Dzień świstaka

Jako, że jestem mamą trójki maluchów, od prawie trzech lat nieustannie przebywam albo na urlopie chorobowym - ciążowym albo na macierzyńskim. Oznacza to, że praktycznie cały czas jestem z dziećmi - dwójka chodzi już do przedszkola, więc do południa mam od nich wolne, zostajemy z Sonią same.
Naturalne dla mnie było już po urodzeniu Borysa, że dziecko musi mieć pewne stałe pory snu, jedzenia, zabawy itp. I tak powoli moje dni, zamieniły się w dni świstaka. Praktycznie każdy z nich jest jednakowy i ustalony z góry, tak aby nie zaburzać rytmu dzieci. Oczywiście wychodzimy czasem w gości, lub ktoś do nas przychodzi i wtedy cały rytm (o zgrozo) jest zaburzony.
Może to się wydawać piekielnie nudne - każdy dzień taki sam, każdy dzień taki przewidywalny, ale to na prawdę szczęście, że udało nam się tak ustalić te stałe pory pewnych czynności i rytuały.
Przede wszystkim dzieci od pierwszych dni potrzebują tego schematu - sen - jedzenie - aktywność. Dla mnie ważne było, żeby nauczyć maluchy kiedy jest ich pora nocnego, nieprzerwanego snu. Od początku więc ustaliliśmy stałą porę codziennego kąpania, po nim jedzonko i spanie. We wszystkich trzech przypadkach dzieci nauczyły się, że po kąpaniu i kolacji idą do łóżeczka spać.
Praktycznie cały dzień mamy uporządkowany, choć powiem szczerze, że im starsze są dzieci tym mniej schematycznie to wszystko wygląda, ale teraz kiedy pewne nawyki weszły im w krew nie jest to już takie ważne.
To, że dzieciaki mają swoje stałe pory jedzenia, zabawy i snu działa tylko na ich korzyść a nam - rodzicom daje możliwość zaplanowania np. wieczornego wyjścia do znajomych (bo można założyć, że dzieciaki o 20:00 będą już spać pod opieką np. babci). Dla mnie osobiście jest to komfort psychiczny, że wieczorem, kiedy potworki śpią jest ten czas tylko dla mnie, czas kiedy mogę odpocząć i zrelaksować się chociażby przed tv :)
Ciekawa jestem czy Wy też macie swoje rytuały i stałe pory różnych czynności czy raczej jest to spontaniczne?



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Zabawka czy zabawa?

Muszę przyznać, że moje dzieci mają dużo zabawek. Za dużo, według mnie i co gorsza cały czas dochodzą kolejne. Część z nich kupujemy z mężem (ja bardziej w stronę książeczek, puzzli i gier, a on woli samochodziki, klocki itp.) a większą część dzieciaki dostają na różne okazje, a często i bez okazji od cioć, wujków, dziadków i babć.Stare zabawki, te które ich już nie zajmują pakuję na strych i po jakimś czasie wyciągam - wtedy od nowa wzbudzają zainteresowanie. W ten sposób oszczędzam trochę miejsca i nie narażam się na bałagan.
Z jednej strony to fajne, że nie mam uczucia, że czegoś im brakuje, ale z drugiej czasem mnie nachodzi refleksja, że po co to wszystko, skoro tak wielką frajdę może im sprawić powycinanie czegoś z papieru albo prosta zabawa piłką w kolory.
Zasada, która powoduje, że zabawa jest udana, niezależnie od tego czy biorą w niej udział jakiekolwiek zabawki czy nie jest prosta - zaangażowanie rodziców.Oczywiście są zabawki - hity, których nie chowam nigdy, ale i one czasem się nudzą. Wtedy to, czy dzieciak będzie chodził i jęczał nam koło nogi zależy tylko od nas i od naszej nawet nie inwencji czy kreatywności, a chęci do zabawy. Przyznaję, że mi jej czasem brakuje, szczególnie gdy jestem zmęczona, niewyspana a przez to rozdrażniona. Ale heloł - to moje zadanie jako mamy i to ode mnie zależy jak oni będą wspominać swoje dzieciństwo. Często wystarczy, że tylko zainicjuję jakąś zabawę, poddam pomysł, pomogę go zrealizować a reszta toczy się sama - ja tylko obserwuję a jeżeli mam ochotę i możliwość to uczestniczę.
Jestem szczęśliwa, że mam trójkę dzieci i chociaż lekko nie jest, to wiem, że za chwilę przyjdzie taki moment, że oni będą sami ze sobą się bawić a nie angażować nas - rodziców, ale mimo wszystko mam nadzieję, że my odnajdziemy w sobie te chęci do zabawy ze swoimi dziećmi zamiast spędzania czasu przed komputerem czy telewizorem.








niedziela, 15 grudnia 2013

Niedzielnie świątecznie

Niedziela minęła nam pod znakiem wizyty u przyjaciół w Krakowie i na wieczornym ubieraniu choinki. W zasadzie dopiero zakończyliśmy prace i udało się ubrać drzewko, a przystrajanie domu i wprowadzanie atmosfery świątecznej zostawiam sobie na kolejne dni, bo szczerze mówiąc to już padam.
Po raz kolejny stwierdzam, że podróże zarówno te bliższe jak i dalsze z maluchami to hardkor :). Wiem jednak też, że z nich nie zrezygnujemy i nie zaszyjemy się w domu aż dzieci będą na tyle duże, że nie będą sprawiać kłopotu. Mimo, że ogarnięcie i spakowanie nas do samochodu trochę trwa to warto. Mimo, że często podczas jazdy z tylnych siedzeń dobiega nas jęczenie, marudzenie, a nawet dzikie wrzaski to warto. Warto, bo czas spędzony razem i z naszymi przyjaciółmi jest bezcenny i wiem , że kiedyś z uśmiechem na ustach będziemy wspominać te nasze wycieczki (i nerwy na nich stracone).
Ponieważ uwielbiam ubierać choinkę i mam z tym związane wspaniałe wspomnienia, chciałabym żeby moje dzieciaki też zapamiętały ten czas jako taki magiczny i zaczarowany. Dlatego pozwoliłam im zostać dłużej z nami i nie odsyłałam do łóżek, dopóki nie skończyliśmy ubierać drzewka. Borys do końca dzielnie pomagał, Kalinka bardziej zmęczona, sama odmaszerowała spać. Efekt końcowy, jak dla mnie - cudowny. Co rok mamy żywą choinkę, tym razem wybierał Borys z tatą i to największa jaką do tej pory mieliśmy - musieliśmy przyciąć czubek, bo się nie mieścił :). Teraz tylko pozostaje czekać na prezenty, życzenia i zapach świątecznego ciasta...



sobota, 14 grudnia 2013

Zwierzak w domu

Zawsze chcieliśmy z mężem, żeby razem z nami mieszkał jakiś zwierzak. To znaczy nie jakiś tylko konkretny - pies. No niestety, zawsze jakieś ale było i przez pewien okres musieliśmy się zadowolić substytutem psa, czyli rybkami. Kilka lat były, a potem zlikwidowałam akwarium a rybki oddałam. Przez jakiś czas w akwarium mieszkałam myszka, którą złapał mój mąż w akcie desperacji. Szybko zdechła, chyba się czymś zatruła...
No i nachodzi mnie co jakiś czas myśl, żeby tego psa... Ale równie szybko mi przechodzi bo argumenty przeciw są naprawdę mocne i zdecydowanie do mnie przemawiają.
 Po pierwsze z psem trzeba wychodzić na spacery - nie tylko latem i nie tylko w niedzielę, ale kilka razy i o każdej porze roku. Nie wspominając o tym, że najpierw tego psiaka, trzeba nauczyć załatwiać swoje potrzeby na zewnątrz. Dzieci za małe, żeby wyprowadzać. Mąż pracuje od bladego świtu do często późnego wieczoru. Niby mamy podwórko, ale wiadomo, że na dłuższą metę to za mało. No przychodzi myśl oczywista - kto musiałby na te spacery chodzić? Ja. Z trójką dzieci, bo przecież samych nie zostawię. Ewentualnie wypuścić na podwórko. Tak czy owak potem kupy trzeba by posprzątać. Znowu ja. Babram się w kupach dziecięcych od 4 lat i po prostu marzę o tym, żeby pobabrać się jeszcze w psich. No naprawdę.
Potem przychodzi jeszcze taka myśl, że przecież ja do pracy zamierzam wrócić. No i wtedy oprócz ogarnięcia siebie, domu i dzieci to jeszcze dojdzie wyprowadzanie psa... Nie wspominając o tym, że na samym wyprowadzaniu się problemy ze zwierzem nie kończą. Trzeba nakarmić (nie zapominać kupować karmy, bo o gotowaniu to nawet nie myślę), napoić,  nauczyć współżycia z dziećmi, wybiegać porządnie raz na czas, zaszczepić itp. itd..
No jest tych obowiązków trochę i w zasadzie, na trzeźwo myśląc, wszystkie spadłyby na mnie. O nie, na to się nie godzę. Na razie będzie nam musiał wystarczyć szczeniaczek uczniaczek - nie trzeba wyprowadzać, nie trzeba karmić a jeszcze piosenkę zaśpiewa :)



piątek, 13 grudnia 2013

Samodzielne usypianie

Jakiś czas temu pisałam o problemie z usypianiem mojego syna. Problem był taki, że aby syn usnął należało iść z nim do jego pokoju i być z nim do zaśnięcia. Męczące zajęcie. W gorszych czasach schodziło nieraz i ponad godzinę... Ostatnio nie tak źle - jakieś 15-20 minut, ale jednak nie potrafiłam się pozbyć odczucia, że nie tak powinno dziecko usypiać. Że powinnam nauczyć go, że sen to nie jakaś kara dla niego (a takie miałam wrażenie) a coś dobrego, coś co powinno mu sprawiać przyjemność. Wymyśliłam sposób i chyba powoli się sprawdza. Może nie jest idealnie, ale zmiana jest ogromna. Pewnego wieczoru powiedziałam synowi, że to ostatni dzień go usypiam a jutro będzie spał sam. Ponieważ to miało nastąpić dopiero jutro, to Młody za bardzo nie zgłębiał tematu. Dla mnie ważne było, że go uprzedziłam i nie będzie efektu zaskoczenia. Na szczęście udało się tak, że nazajutrz Borys dostał lampkę do pokoju, niestety zdarzyła się też w tym dniu mała drzemka (co sprawiło, że nie był zmęczony i z uśnięciem było gorzej). Plan mój był taki - namalowaliśmy tablicę z kratkami i obiecałam, że codziennie będziemy rysować w jednej kratce uśmiechniętą buzię - jeśli poprzedniego wieczora uśnie sam.Kiedy wszystkie kratki będą zapełnione uśmiechniętymi buziami, Borys pojedzie ze mną do Tesco i wybierze sobie zabawkę. Lampka włączona, misie przytulaski w łóżku, drzwi od pokoju otwarte i mama w kuchni. Było trochę jęczenia, przychodził nie wiem ile razy pod wieloma pretekstami (łącznie z tym, że pazurki ma za długie), ale w końcu około 23 usnął. Na drugi dzień był niesamowicie szczęśliwy, kiedy malowaliśmy uśmiechniętą buzię. Kolejny wieczór był dużo lepszy - usnął ok. 22:30 i był u nas kilka razy. Dziś - po 5 dniach, codziennie malujemy uśmiechniętą buzię, wieczorem nie ma już protestów, kilka razy przychodzi do nas przed zaśnięciem, ale generalnie około 21:00 już słodko śpi. Jakoś to tak mnie podbudowało i wierzę, że już tak zostanie :)