czwartek, 31 października 2013

Światowy dzień Oszczędzania

Dowiedziałam się o nim dzisiaj i to chyba jakiś znak dla mnie, bo wczoraj wieczorem odbyłam z mężem poważną rozmowę o naszych wydatkach i braku oszczędności. Wydajemy dużo - wydaje mi się, że dużo za dużo i postanowiliśmy zacząć trochę oszczędzać. Pytanie tylko jak? Na to pytanie już chyba pozostanie mi samej sobie odpowiedzieć i mam twardy zamiar to zrobić. Odpowiadam za opłaty stałe i zakupy - praktycznie wszystkie wydatki domowe to moja działka. Mąż wydaje grubsze pieniądze - na zakupy np. mebli, samochodów, wakacji itp. Tak więc, wczoraj, po spisaniu stałych opłat po prostu się przeraziłam. Owszem, mamy trójkę dzieci, ale to ile wydajemy miesięcznie to i tak jakaś przesada. Krótka piłka - spróbujmy to zmienić. Więc zaczynam o dzisiaj  - dość nietypowo, bo od odwiedzenia bazaru i zakupu dwóch szali - kominów, jednakże w bardzo okazyjnej cenie, a że to zakup i tak był obowiązkowy, więc sobie wybaczam. Cały czas jednak zastanawiam się co zrobić, aby wymiernie zmniejszyć ilość - powiedzmy sobie szczerze, niepotrzebnie wydanych pieniędzy. Zaczęłam od wyciągnięcia z gniazdek wszystkich ładowarek, które nie były używane i wyłączenia dekodera TV. I uwaga - mam zamiar tego pilnować. Moim następnym krokiem będzie zmiana systemu zakupów, a inaczej powiem - zacznę bardziej planować, bo naprawdę duuużo jedzenia się u nas w domu marnuje. Postanowiłam, że będę kupować naprawdę potrzebne rzeczy, które wiem, że na pewno zostaną zjedzone, a resztki będziemy też wykorzystywać (hmm... tylko jak ponownie wykorzystać resztę wczorajszych placków ziemniaczanych?) Obiecałam też sobie, że będę naprawdę rzetelnie prowadzić spis swoich wydatków - zbierać paragony, a na tej podstawie będę potem mogła stwierdzić, ile tak naprawdę wydałam zbędnych pieniędzy. Nie mam pomysłu jak oszczędzać na wodzie, bo mycia nie odpuszczę :) Generalnie i tak zostaje nam masa wydatków, których nijak nie da się obciąć - przedszkole, pampersy, mleko mm, paliwo, gaz, śmieci, tv, internet... dobrze, że za telefony płaci On.
P.S. Znalazłam sposób na placki ziemniaczane - zrobię sos na bazie pieczarek, które też zalegają w lodówce i sera żółtego i zapiekę chwilkę w piekarniku - powinno być pyszne.

piątek, 25 października 2013

Przedszkole - problem z jedzeniem

Kilka słów o tym, jak przedszkole wpływa na moje dzieci. Zaczęłam szukać przedszkola dla Borysa kiedy miał skończone 2 lata, dokładnie w lutym, ale z zamiarem posłania go standardowo od września. W przedszkolu państwowym usłyszałam, że mogę złożyć podanie, ale szansa jest bardzo nikła bo rocznikowo jest dwulatkiem, więc miejsca prawdopodobnie nie starczy dla niego. Postanowiłam więc zorientować się jakie mam alternatywy. Okazało się, że mam w moim miasteczku kilka prywatnych przedszkoli, więc umówiłam się w jednym z nich - miałam w zasadzie zamiar odwiedzić wszystkie, żeby je porównać, ale skończyło się na tym pierwszym. Na spotkaniu pani dyrektor przekonała mnie że warto posłać Borysa na kilka godzin dziennie już teraz - właściwie dlaczego nie - pomyślałam. Przedszkole niepubliczne, ale do 5 godzin bezpłatne - tak jak państwowe, musiałabym jednak wozić syna na 7 rano - zrezygnowałam i postawiłam na godzinę 9 - dziecko spokojnie się wysypiało, miałam czas ogarnąć siebie i jego, czasem nawet wypić kawę. Opłata niewiele większa niż w państwowym przedszkolu. Borys najpierw był w grupie maluszków pod opieką dwóch pań. Grupa liczyła około 20 dzieci, ale w praktyce część z nich rzeczywiście chodziła w godzinach 7-12 więc po tej godzinie było już zdecydowanie luźniej. Przez kilka pierwszych dni zostawiałam syna na dwie godzinki z czasem wydłużając do 5. Niestety najgorszą sprawą było jedzenie. Z tym miałam i nadal mam problem, ponieważ Borys to typowy niejadek, który wielu rzeczy nie lubi, boi się spróbować i w przedszkolu praktycznie nic nie jadł... Pani - współpracując ze mną próbowała wielu sposobów, ale czas mijał a on nadal nic nie jadł i chociaż w domu nadrabiał tym co lubi, to jednak nie była to zdrowa sytuacja. Umówiłam go nawet na spotkanie z psychologiem, bo stwierdziłam, że to jakieś zaburzenie żywienia. W tym okresie jednak bardzo dużo chorował i miał prawie dwumiesięczną przerwę, na spotkanie z psychologiem nie dotarliśmy. Po przerwie postanowiłam wydłużyć mu czas pozostawania w przedszkolu - najpierw na próbę,żeby sprawdzić czy w sytuacji większego głodu skusi się żeby cokolwiek zjeść. Niestety nadal był z tym bardzo duży problem, zdecydowaliśmy więc że będę mu dawać małe przekąski, żeby przez te 7 godzin jednak cokolwiek zjadł. Poskutkowało to na tyle, że przestałam drążyć temat i Borys z czasem zaczął coraz więcej rzeczy jeść w przedszkolu plus te małe przekąski, które cały czas mu przynoszę. Wiele razy słyszałam opinię, że niejadki w domu bardzo chętnie jedzą wszystko razem z innymi dziećmi w przedszkolu. W przypadku mojego niejadka niestety tak się nie stało, chociaż miałam taką nadzieję. Na szczęście, dzięki pracy pań przedszkolanek udało się wypracować jakiś kompromis, dzięki czemu ja jestem spokojna że dzieciak nie siedzi głodny i on jest zadowolony, że nie wmusza się w niego na siłę jedzenia.

czwartek, 24 października 2013

(Nie)samodzielne zasypianie

W kwestii spania i zasypiania dzieci najgorzej sprawa potoczyła się w przypadku Borysa. Już pisałam o jego nocnych eskapadach do naszego łóżka, ale niestety to nie jedyny problem. Drugą sprawą, którą zawaliliśmy od początku jest zasypianie a właściwie usypianie. Kiedy synek był malutki faktycznie zasypiał sam w łóżeczku lub wózku, ale z biegiem czasu to się zmieniło, a ja nie zrobiłam nic, żeby temu zapobiec. W pewnym momencie, około 8-9 miesiąca życia Borys nie chciał zostawać sam w łóżeczku więc usypialiśmy go, czyli po prostu byliśmy koło łóżeczka, czasem go głaskałam a czasem trzymałam za rączkę. Ponieważ trwało to chwilę, nie stanowiło dla nas problemu, ale ten problem urósł w momencie gdy to zasypianie zaczęło trwać dłużej. Około 2 urodzin potrafiliśmy spędzać przy jego łóżku ponad godzinę wieczorem, zanim syn się wyciszył i zasnął. Nie kładłam go spać w dzień i to rzeczywiście przyniosło efekty, ale na krótką metę, bo niedługo potem zaczął chodzić do przedszkola, a tam w czasie odpoczynku usypiał i wieczorem historia się powtarzała. Nie odpuszczaliśmy jednak jednego - stałej pory chodzenia spać, tzn. kąpiel, kolacja, mycie zębów i łóżko - taka kolejność obowiązuje do dziś i niestety do dziś nadal syna usypiamy. Trwa to znacznie krócej - około 20 minut włączając opowiedzenie bajki, ponieważ w tym momencie syn już w przedszkolu nie śpi. Uważam jednak, że popełniliśmy błąd ucząc go od małego zasypiania w naszym towarzystwie. Oczywiście później próbowaliśmy kilka razy zostawiać go samego, ale wiązało się to krzykiem, płaczem, uciekanie z łóżka i po kilku próbach zrezygnowaliśmy... No cóż, chyba nie jesteśmy zbyt wytrwali, a szczególnie mój mąż nie lubi dzieci w ten sposób "stresować". Nie popełniłam podobnego błędu z Kalinką i mam zamiar nie popełnić z Sonią - one obie usypiają same odłożone do łóżeczka - nigdy nie zostawałam z nimi w pokoju - wystarczył buziak na dobranoc.

środa, 23 października 2013

Pokój dziecięcy

My mamy uwielbiamy urządzać pokoje dziecięce i jesteśmy w tym naprawdę dobre. Potrafimy wyszukać naprawdę ciekawe ozdoby a nawet - jeśli nie możemy dostać tych wymarzonych jesteśmy w stanie je same stworzyć. Tak powstaje wiele firm prowadzonych przez młode mamy. Jedną z takich fajnych ozdób, które w ciekawy sposób urozmaicają pokój dziecięcy są literki zawieszone na ścianie - można dobrać takie, które tematycznie pasują do pokoju lub po prostu wybieramy dany kolor albo wzór. Możliwości jest wiele i coraz więcej pojawia się na rynku nowych pomysłów. Literki można znaleźć z drewna, z tworzywa czy z tkaniny - wszystkie coś w sobie mają i dodają do pokoiku dziecięcego indywidualnego charakteru. Po co właściwie takie literki i co z nimi zrobić? Przyczepiamy je na ścianie układając z nich wyraz - najczęściej jest to imię, ale równie dobrze możemy ułożyć z literek pieszczotliwe przezwisko lub motto - na co tylko mamy ochotę. Może właściciel pokoju będzie mógł zdecydować co chce "napisać". W pokoju mojego syna wiszą standardowe drewniane literki ułożone w Jego imię - literki ozdobione postaciami z bajki Kubuś Puchatek. Kalinka i Sonia jeszcze nie doczekały się swoich literek, ale myślę, że w najbliższym czasie się zmobilizuję i coś zorganizuję. Od jakiegoś czasu chodzi za mną też umieszczenie takich napisów w kuchni czy sypialni - jakiś ciekawy tekst, który wyglądałby niebanalnie.

Coś dla mamy

Mama to, wiadomo, osoba wielce zapracowana, która nierzadko prócz pracy zawodowej posiada szereg zadań i obowiązków domowych. Tak naprawdę pracująca mama ma w domu drugi etat, który z powodzeniem można by nazwać family menadżer, a na tą nazwę składa się wiele zawodów zaczynając od kucharki na psychologu kończąc. Jak więc w tym natłoku zajęć znaleźć jeszcze czas dla siebie? No cóż, obserwując siebie i znajome mamy widzę, że bardzo trudno tak zorganizować czas, żeby starczyło go jeszcze na przyjemność dla siebie. Wiem też jednak, że da się to zrobić i ja jestem tego przykładem. Przede wszystkim łączę przyjemne z pożytecznym. Bardzo lubię ładnie wyglądać i interesuję się modą i urodowymi sztuczkami, lubię próbować nowych kosmetyków. To, że o siebie dbam jest jednocześnie dla mnie niesamowitą przyjemnością i daje mi wiele satysfakcji. Staram się dbać o siebie również jedząc zdrowo i ćwicząc. Po pierwsze i najważniejsze co wpływa dobrze na moje samopoczucie i wygląd to woda. Piję jej dużo w ciągu dnia - najbardziej lubię wodę lekko gazowaną albo zmineralizowaną, bardzo często z cytryną lub limonką i miętą. Codziennie rano robię lekki makijaż - choć nie pracuję zawodowo, to bardzo poprawia mi to samopoczucie, bo jednak wychodzę "do ludzi" - zawożę dzieci do przedszkola, idę na spacer z Sonią, na zakupy czy do lekarza. Oczywiście jest to lekki i szybki makijaż ale dodaje wiele świeżości. W ciągu dnia nie mam za wiele czasu na relaks, ale wykorzystuję wieczory - kilka razy w tygodniu robię peelingi, maseczki, paznokcie, ćwiczę - wszystko to aby czuć się pięknie i tak wyglądać. To takie małe przyjemności, ale dodają wiele pewności siebie i dzięki nim czuję się zadbaną i ładną mamą. Chciałabym, żeby tych chwil dla siebie było jeszcze więcej i będę do tego dążyć, bo uważam że szczęśliwa kobieta to wspaniała mama.

wtorek, 22 października 2013

Nocne wędrówki



Często kiedy rozmawiam z innymi rodzicami o tej przypadłości mojego syna słyszę twierdzenia, że każde dziecko tak ma i że wyrośnie z tego. Jednak nie jestem do końca pewna czy każde dziecko tak ma, a prawie pewna jestem, że w tym przypadku w większości jest to moja wina. O co konkretnie chodzi? Otóż moje dziecko regularnie (czyli co noc) przychodzi ze swojego łóżka do naszego i zostaje w nim do rana. Pewnie nie jest to jakiś wielki problem i wcale tak nie twierdzę. Ale fakt pozostaje faktem. Borys to nasze pierwsze dziecko, bardzo wyczekane i od noworodka nieco rozpieszczane. Chociaż jestem zwolenniczką okazywania jak najwięcej czułości i miłości, tak teraz wiem, że nie jestem zwolenniczką brania dziecka do swojego łóżka, nawet kiedy jest to jeszcze niemowlaczek. Kiedy synek był mały, spał w swoim łóżeczku, ale bardzo często po karmieniu nocnym nie odkładałam go z powrotem na miejsce, tylko zostawał z nami. Kiedy był starszy, ale nadal spał w łóżeczku, sam domagał się w nocy abyśmy go zabrali do siebie i my niestety ulegaliśmy. Potem przeprowadził się do swojego pokoju i swojego nowego łóżka ale nadal w nocy nas wołał, później już zaczął sam przychodzić, nierzadko z poduszką, kołdrą, króliczkiem i wieloma innymi rekwizytami... Oczywiście uwielbiałam i nadal uwielbiam przytulać się do tego drobnego ciepłego ciałka, ale nie o to chodzi. Niedługo Borys skończy 4 lata i nadal co noc nas odwiedza. Wiele razy obiecywałam sobie, że będę go od razu odprowadzać do jego pokoju i nawet były takie próby, jednak krótkotrwałe, potem kiedy pojawiły się kolejne dzieci było trudniej, bo po prostu byłam zbyt zmęczona, żeby wdrożyć to w życie.Wydaje mi się jednak, że jedynym sposobem dla zdeterminowanych jest konsekwencja - czyli systematyczne odprowadzanie do własnego łóżka. U nas wiązało się to z tym, że dzieciak bardzo się rozbudzał, płakał i trzeba było go uspokoić a potem kolejny raz uśpić, co wiązało się z długą  przerwą w śnie, na który ja nie mogłam sobie pozwolić, bo w perspektywie miałam za chwile kolejne budzenie - np. na karmienie młodszej córki. W pewnym momencie więc przestałam zwracać uwagę na te jego nocne wędrówki i je zaakceptowałam. W tym momencie truję mu w ciągu dnia, że ma do mnie nie przychodzić, ale rezultatów nie ma. Nauczona doświadczeniem podobnego błędu nie popełniłam z córkami - same zasypiają w swoich łóżeczkach i w nocy w nich pozostają. Mam nadzieję, że tak zostanie, kiedy przeniosą się do łóżeczek bez szczebelków, z których będą mogły same wyjść. A co do syna to pocieszam się myślą, że rzeczywiście kiedyś mu przejdzie, w końcu nie spotkałam się z 16-latkiem śpiącym z rodzicami...

Kilka słów o Nas

Ten blog to moje zapiski o mojej rodzinie, o moim sposobie na wychowywanie dzieciaków, o moich radościach i chciałabym, żeby nic smutnego się tutaj nie znalazło, ale wiadomo jakie jest życie i to ono zweryfikuje większość tych notatek. Zawsze powtarzam, że rodzina dla mnie jest najważniejsza. Moja rodzina to Ja - Mama - obecnie na urlopie rodzicielskim ale praca w domu pochłania większość mojej energii i czasu. Tata - pracuje zawodowo w swojej firmie, pracuje od rana do wieczora, najczęściej jest w domu w godzinach kąpania dzieci, ale czasem wraca w późnych nocnych godzinach. Borys, czyli syn pierworodny, niedługo 4-latek, przedszkolak, wielbiciel dinozaurów, lwów i Zygzaka McQueena. Kalinka zwana również Dzidzią, kilka dni temu skończyła 2 latka, ale jak mówi jej pani z przedszkola rozwinięta jest jak 2,5 latka albo i lepiej. Najmłodsza latorośl to Sonia - ma pół roczku i niedawno nauczyła przekręcać się z pleców na brzuch, poza tym jest fajnym pogodnym dzidziusiem , który zaczyna być coraz bardziej ciekawy otaczającego ją świata. Cała nasza piątka potrafi zrobić niezły bałagan, a mi niestety daleko do perfekcyjnej pani domu, chociaż bardzo się staram bo lubię mieć w domu czysto. Lubię też słodycze, a to z kolei na pewno nie doprowadza mojej figury do perfekcji. No cóż, każdy ma jakieś słabości. To kilka słów wstępu a cała reszta wyjdzie w praniu :).