sobota, 30 listopada 2013

Pyszne danie - Makaron z brokułem

To danie wymyślone pod wpływem tego, co akurat było w lodówce i szafkach. Za wiele tego nie było, więc wybór był w miarę prosty, ale że tak pyszny posiłek z tego wyjdzie to nie przypuszczałam. Co prawda moje dzieci się nie pokusiły, bo raczej nie gustują w zielonych daniach - nawet sugestia, że to Shrek przyniósł specjalnie na nich nie działa, ale za to rodzicom smakowało i to bardzo. Danie jest szybciutkie i proste w przygotowaniu.
Ugotować makaron - u mnie świderki - pełnoziarnisty, bo zdrowszy
Na patelni rozgrzać oliwę, na niej podsmażyć pokrojoną w kostkę pierś z kurczaka, doprawić ją przyprawą gyros. W osolonej wodzie podgotować przez chwilę brokuła, następnie dodać go do podsmażonej piersi. Całość zalać śmietanką 30 lub 36 %. Podgotować chwilę, doprawić solą, pieprzem i  czosnkiem w proszku (myślę, że świeży rozdrobniony czosnek byłby jeszcze lepszy, ale akurat nie miałam go w domu). Podawać makaron razem z sosem. Polecam!


piątek, 29 listopada 2013

(Nie)winne klapsy i poczucie winy

Jestem przeciwna biciu dzieci, nawet klapsom. Ale nie będę kłamać - zdarza mi się i zdarzało. Zawsze mam wyrzuty sumienia, które jakoś tam próbuję tłumaczyć swoim zdenerwowaniem i tym, że dana ofiara doprowadziła mnie do ostateczności. Ale te tłumaczenia nie zagłuszają moich wyrzutów sumienia. Sytuacja robi się dla mnie cięższa, kiedy spojrzą na mnie pełne żalu i zaczynające już wilgotnieć smutne oczy (nie, nie biję dzieci pasem ani kablem - jeżeli już to zwykły lekki klaps na pupę). To już jest dla mnie za wiele i zazwyczaj wtedy mięknę i po prostu przepraszam i przytulam. Przynajmniej potrafię się przyznać do błędu... I za każdym razem obiecuję sobie, że to był ostatni raz. Myślę, że kiedyś to naprawdę będzie ostatni raz - właściwie mam nadzieję, że więcej się to już nie powtórzy, bo wiem, że można inaczej rozwiązać każdy problem. Na moje dzieci klapsy nie działają, więc nie wiem właściwie dlaczego rzadko bo rzadko, ale jednak się zdarzają. Muszę sobie wbić chyba do głowy - TO NIE DZIAŁA.  Tłumaczę dzieciom, że nie wolno nikogo bić, więc sama muszę być dla nich wzorem. Kiedyś miałam taką sytuację: Kalinka dostała po rączkach (nie pamiętam za co) a za jakiś czas, próbowała rozwalić domek z lego który budował Borys. I co? Dostała od niego po łapkach. I skoro ja zareagowałam w takiej sytuacji, tłumaczeniem, że bić nie można, to jakim przykładem sama jestem? Nasze dzieci uczą się od nas wszystkiego - dobrych i złych zachowań. Uświadamiam to sobie z każdym dniem coraz lepiej. Więc dlaczego nadal zdarza się, że na ich oczach uzewnętrzniam swoje złe zachowania? Na to pytanie sama sobie nie potrafię odpowiedzieć, wszyscy jesteśmy ludźmi i nie jesteśmy nieomylni a małe potwory potrafią nas wyprowadzić z równowagi, ale na przemoc nie ma żadnego wytłumaczenia - to pewne.



czwartek, 28 listopada 2013

wizyta w bibliotece

Zabrałam potwory do biblioteki i to był dobry pomysł. Po przedszkolu pojechaliśmy tam od razu, dzieciaki były podekscytowane, bo tak naprawdę nie wiedziały za bardzo o co chodzi - nigdy nie byli w takim miejscu. Chwilę zeszło, zanim ich zapisałam, czyli wypełniłam całą papierkową robotę, ale było warto. Zachwyt w oczach dzieci - bezcenny. W tym czasie oni czytali sobie gazetki - Spiderman i Barbie, i jeszcze nie widzieli tych długich półek pełnych przeróżnych bajek i bajeczek. A kiedy już zobaczyli to była krótka piłka - wzięli pierwszą pozycję jaka wpadła im w oko - Borys książeczkę o dinozaurach, a Kalinka plastikową książeczkę z grzechotką prawdopodobnie przeznaczoną dla niemowlaków (ale na okładce był kotek  - to ją tłumaczy). Jako, że nasz limit to 5 książek na głowę, mama dobrała jeszcze kilka pozycji - Mamoko dawno dawno temu, Mamoko liczby, Mamoko litery, 200 bajeczek o zwierzętach i Świat w obrazkach - kosmos. Myślę, że będziemy tam częstymi gośćmi :)


środa, 27 listopada 2013

Pająki na głowach

Dzisiaj bawiliśmy się po przedszkolu nożyczkami i klejem. Które dzieciaki nie lubią takich twórczych zabaw? Moje uwielbiają, chociaż zwykle nie jest to z ich strony bardzo "twórcze" lub być może ja nie rozumiem geniuszu moich potworów. Dzisiaj to raczej ja tworzyłam główne "dzieła" a pomocnicy dzielnie podawali klej i nożyczki, coś tam sobie też własnego klejąc :) Efektem są opaski - pająki, które cały wieczór siedziały na małych głowach. Wystarczy czarny brystol lub papier, klej i nożyczki.
Przy okazji pochwalę się, że dzisiaj zrobiłam dobry uczynek, a raczej krok w kierunku dobrego uczynku. Mianowicie zgłosiłam się do bazy dawców szpiku kostnego. Nosiłam się z tym od jakiegoś czasu a dzisiaj była super okazja, bo w moim mieście była akurat akcja rejestracji dawców. Mam nadzieję, że będę mogła kiedyś komuś pomóc.

wtorek, 26 listopada 2013

Sprzęt niezbędny - leżaczek bujaczek

Wszystkie mamy mają pewnie takie przedmioty codziennego lub też niecodziennego użytku, bez których nie wyobrażają sobie funkcjonowania z dzieckiem/dziećmi. Dla mnie jedną z takich rzeczy jest leżaczek - bujaczek, który szczerze polecam wszystkim przyszłym mamom, jakie znam.
To sprzęt, w który warto zainwestować będąc rodzicem oraz doskonały prezent, jeżeli zastanawiamy się co można podarować małemu człowiekowi.
Nie byłam szczęśliwą posiadaczką leżaczka dla Borysa, ale jakoś to bezboleśnie przeszło - był jeden i często mogłam odłożyć wszystko na bok i zaniedbać inne sprawy, żeby poświęcić czas tylko jemu. Inaczej sprawa wyglądała przy Kalince i Soni - no bo wiadomo, obowiązków więcej i czas trzeba dzielić na 3 małe osóbki.
Kupiłam leżaczek, z którego dziecko może korzystać do wagi 9 kg, więc niedługo Sonia, już z niego wyrośnie, ale do tej pory sprawował się wyśmienicie - dziewczyny mogły towarzyszyć mi przy wielu czynnościach - gotowaniu, sprzątaniu, nieraz brałam prysznic a one sobie siedziały i patrzyły. Leżaczki są bardzo różne - od tanich prostych bez żadnych udziwnień do bardzo rozbudowanych, z muzyką, wibracjami, zabaweczkami. Takie które starczają przez pierwsze 6 -8 miesięcy, tak jak nasz, po takie które po tym okresie przekształcają się w krzesełka i mogą posłużyć bardzo długo. Wybór jest naprawdę duży. Warto też przejrzeć rynek wtórny, ponieważ często można za mniejsze pieniądze upolować bujaczek, który jest używany, ale wygląda jak nowy i może posłużyć kolejnemu dziecku.
A tutaj moje dziewczyny w swoim fotelu:

poniedziałek, 25 listopada 2013

Dzień pluszowego misia - tulimy się :)

Dzisiaj dzień pluszowego misiaka :) U nas maskotki zdecydowanie nie są ulubionymi zabawkami, ale czasem faktycznie dzieci lubią się poprzytulać. Większość maskotek leży schowana w wielkim worze na strychu. Ale kilka ulubionych cały czas zajmuje stałe miejsce w ich pokojach. Największy miś w domu to Kubuś Puchatek odziedziczony po mamie (czyli po mnie). Dostałam go od swojego chłopaka (który później został moim mężem) na Mikołaja. Byłam wtedy na studiach, a Puchatek przyjechał do mnie na przednim siedzeniu starej Skody 120. Dwa misiaki to prezenty dla Boryska od mojej siostry, która bardzo lubiła uszczęśliwiać moje potwory. Ostatni, to prezent z okazji chrzcin Borysa od mojej przyjaciółki. Hmm, wygląda na to, że wszystkie misie są własnością Borysa. Na szczęście w praktyce przytulają się do nich wszyscy. Czasem nawet ja (kiedy nikt nie widzi).

niedziela, 24 listopada 2013

Weekendowo

Weekend upłynął nam towarzysko. Całe szczęście, że potwory już zdrowe, to nie miałam stresu, że pozarażają inne dzieciaki. No mały stres był, ze względu na wizytę mojej przyjaciółki, która jest w ciąży, ale do dzieci się raczej nie zbliżała, a one raczej nie zarażały już, więc liczę że będzie ok. W sobotę my mieliśmy gości a dzisiaj sami gościliśmy u rodzinki. Jak to bywa jak jest dużo ludzi, a zwłaszcza dużo dzieci na jednym terenie, było bardzo bardzo wesoło. No cóż, nie obeszło się bez drobnych spięć - szczególnie kiedy jedna mała dziewczynka (a właściwie jej wózek i lalki) czuje się zagrożona przez drugą małą dziewczynkę. Szczęśliwie kryzysy zostały szybko zażegnane i szczerze mówiąc, aż zdziwiona byłam jak te dzieciaki potrafiły się same ze sobą bawić - no tak - po wszystkim dom wyglądał jakby przeszedł przez niego huragan, ale uśmiechy na małych buziach - bezcenne (za wszystko inne zapłacisz kartą kredytową :)).


sobota, 23 listopada 2013

Zabawa w namiot

Czasem moim dzieciom przychodzi do głowy zabawa w namiot. Namiot wykonuję ja, a mianowicie są to dwa krzesła przykryte dużym kocem tudzież kołdrą. Oni robią resztę - znoszą wszystkie poduszki jakie mamy w domu i wtłaczają pod "namiot", potem przynoszą zabawki i frajda na całego :) A jak jeszcze jest latarka to już w ogóle szał. Szybkie do zrobienia i wbrew pozorom nie zostawia wielkiego bałaganu bo po wszystkim wystarczy poskładać koce, odstawić krzesła i odłożyć poduszki na miejsce. Fajna alternatywa, kiedy dzieciakom się nudzi a mama/tata są zbyt zmęczeni, aby wymyślać bardziej kreatywne zajęcia.


piątek, 22 listopada 2013

Libster award - nominacje i pytania

Znalazłam ciekawe blogi, które nominuję do Libster Award:
4 Czwarte 
 Współczesna Mama
Kocimietablog
Mama daje radę
Bliżej Mamy
Zosija
Digusiowe Manatki
Sto pociech

Na razie tyle znalazłam, zostało trzy blogi, które dodam jak tylko na nie natrafię :)


A to moje pytania:
1.Czym jest dla Ciebie macierzyństwo - zawodem czy stylem życia?
2. Jakie jest Twoje ulubione danie?
3. Kim chciałaś być kiedy dorośniesz?
4. Za kim tęsknisz?
5. Ulubiony film
6. Czy wierzysz w duchy?
7. Co zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę?
8. Jakim żywiołem jesteś? Ogień, woda, ziemia, powietrze?
9. Gdybyś miała wybór, gdzie chciałabyś żyć?
10. Gdzie widzisz siebie za 10 lat?
11. Jesteś optymistką, realistką czy pesymistką?


Rumień zakaźny

Tydzień upływa nam pod znakiem chorób... A właściwie jednej choroby - nazywana jest piątą chorobą, bo znajduje się w gronie zakaźnych chorób dziecięcych z wysypką. Tydzień temu rozpoczęła się temperaturą u Borysa, w poniedziałek doszły kropki na ciele, ale Młody zniósł ją wyjątkowo dobrze -  w środę był już w przedszkolu. Gorzej z Kalinką - w środę, z kolei u niej pojawiła się wysypka i, choć nie było temperatury to choroba daje się we znaki nam wszystkim. Krostki swędzą i jest ich bardzo dużo, najgorsze są na stópkach i w buzi. Mała od 3 dni praktycznie nic nie je... a jak na nią to naprawdę spore wyrzeczenie. Kiepsko śpi i na dodatek bardzo cierpi, że nie może iść razem z bratem do przedszkola - nudzi się w dzień bez niego. Po cichu liczę, że do poniedziałku będzie na tyle dobrze, że już będzie mogła wrócić. Sama w sobie choroba ta nie jest groźna - wirusówka, bez szczególnego leczenia - jedynie łagodzenie skutków, czyli swędzenia. Do zakażenia dochodzi drogą kropelkową i jedyny plus to nabyta odporność - czyli ten jeden raz i nigdy więcej.



Wczoraj zostałam miło zaskoczona przez Agnieszkę - autorkę bloga Livuszkaija, mianowicie zostałam nominowana do "Liebster Award".
"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."
Bardzo mi miło i postaram się jak najszybciej znaleźć fajne blogi do nominacji (aż 11????)
Tymczasem odpowiadam na pytania:

1. Ulubiona zabawa z Pociechą / Pociechami :D
Układanie puzzli, czytanie bajeczek i wariacje na dywanie
2. Ulubiona piosenka .

Metallica "Unforgiven"
3. Skąd pomysł na założenie bloga.
Pomysł podsunięty przez siostrzenicę - chwilkę kiełkował, ale w końcu wzięłam się do dzieła.
4. Ulubiona potrawa .
Pizza
5. Lubisz gotować ?
Uwielbiam
6. Oglądasz seriale ? ( jakie najchętniej)
Oglądam, aktualnie: "Przepis na życie", "Lekarze", "Prawo Agaty"
7. Ulubione zajęcie ?
Spędzanie czasu z rodziną
8. Masz lampę z dżinem , jakie są Twoje 3 życzenia ?
Zdrowie dla całej rodziny, długie wakacje na egzotycznej wyspie, szpilki od Laboutina :)
9. Co sprawia Ci najwięcej problemu w wychowywaniu Twojego Dziecka / Dzieci ?
Taka organizacja, żeby pomimo obowiązków domowych, poświęcić też czas dla dzieci, żeby czuły, że są najważniejsze.
10. Czego się boisz ?
Boję się sama oglądać horrory :)
11. Czego nigdy nie zrobisz ?

Nigdy nie mów nigdy ;)

 Postaram się jak najszybciej znaleźć blogi do nominacji i wymyślić pytania.

czwartek, 21 listopada 2013

Danie dla dzieciaka - placuszki z kaszy manny

Moje kolacje, a raczej kolacje moich dzieci nie są za bardzo urozmaicone. Przeważnie jest to omlecik, chlebek na ciepło, parówki lub cienkie kiełbaski z grilla (lub z patelni). Dzieje się tak dlatego, że mój starszy syn jest raczej nastawiony negatywnie na nowe smaki i robię po prostu to, co wiem, że zje, a dla Kalinki to raczej nie robi różnicy, bo ona z kolei większość rzeczy lubi. Staram się więc, kiedy tylko mogę przemycać nowe smaki pod znanym już wyglądem - tym razem skusiłam się na placuszki, na które przepis znalazłam na blogu kulinarnym Moje Qulinaria.

Sprzedałam je dzieciakom pod nazwą małe omleciki i ku mojej wielkiej radości się przyjęły i weszły do menu kolacyjnego i nie tylko. Podaję przepis na 6 placuszków.

pół szklanki kaszy manny
1/3 szklanki mleka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 jajko
1,5 łyżki cukru pudru
szczypta soli
olej do smażenia

Kaszę mannę zalewamy mlekiem i mieszamy. Dodajemy pozostałe składniki, mieszamy i pozostawiamy na 10-15 minut. Po tym czasie rozgrzewamy niewielką ilość oleju na patelni. Na rozgrzany olej nakładamy po 2 łyżki masy, która powinna być dość gęsta, w razie potrzeby można dodać więcej kaszy manny. Smażymy z obu stron na złoty kolor. U nas zjadane są same lub z cukrem pudrem, ale na pewno będą równie dobre z dżemem czy nutella.
Polecamy :)

środa, 20 listopada 2013

Pomysł na niejadka - bajkowe jedzenie

Mój Borys to niejadek. Jego problemem jest to, że lubi jeść i ma apetyt, ale tylko na rzeczy, które zna. Boi się próbować nowych smaków i nowych potraw, ocenia potrawy po wyglądzie - jeżeli coś nie jest w formie zwartej (czyli np. kotlecika placuszka) to najczęściej odpada - wyjątkiem jest zupa (chociaż tyle). Ostatnio znalazłam fajny pomysł na wprowadzenie nowych potraw, a właściwie sam Borys mi go podsunął i byłam w szoku, że zadziałał.

 Ostatnio ulubioną bajką dzieciaków są Krudowie (produkcja Disneya o jaskiniowcach). Wielkie było moje zdziwienie, kiedy Borys z pełnym entuzjazmu okrzykiem oznajmił mi, że chce takie mięsko jak jedzą Krudowie. Był to jakiś dziki ptak upieczony na ogniu. Postanowiłam spełnić życzenie syna i na drugi dzień zaserwowałam mu udka kurczaka zapieczone w piekarniku. Nie łudziłam się, bo mięso w takiej formie już nie raz mu podsuwałam i bynajmniej nie skakał radośnie na jego widok. Tym razem jednak było inaczej, całe danie zostało zjedzone i to bez namawiania. Drugi raz powtórzyło się to z zupą pomidorową, która wystąpiła w bajce "Klub przyjaciół Myszki Miki" jako zupa po-Mini-dorowa - tym razem sama spróbowałam tego sposobu i znowu się sprawdził. Teraz zwracam większą uwagę, na jedzonko, które występuje w bajkach :)

wtorek, 19 listopada 2013

Coś dla mamy - serum kawowe antycellulitowe

Z serii coś dla mamy, dzisiaj nie będzie smoothie (ostatnio powtarza się ciągle ten sam - szpinakowy). Ale będzie coś dla ciała. Jak większość kobiet zmagam się z przekleństwem cellulitu - czasem z lepszym a czasem gorszym skutkiem. Już dawno odkryłam sposób, który pomaga (no nie zwalcza całkowicie) i to bardzo w walce z tą paskudą. Mowa tu o słynnym serum na bazie kawy. Słynnym, bo to serum szeroko sławione zarówno przy porannej kawie jak i na przeróżnych forach o zdrowiu - modzie - urodzie.

 Jednak i ja pozachwalam jego właściwości, tym bardziej, że przepisy na ten specyfik różnią się często między sobą. Moje serum przygotowuje się własnoręcznie w przeciągu 3 minut - jest gotowe od razu i jego skutki też są widoczne bardzo szybko. Krótko i na temat: dwie łyżki kawy mielonej zalewamy niewielką ilością wrzątku (tak aby powstała bardzo gęsta papka) dodajemy troszkę oliwy z oliwek lub jakiego innego oleju (np. arganowy, kokosowy, z pestek wionogron) i to w zasadzie wszystko. Można do tej papki dodać odrobinę cynamonu lub soku z cytryny. Czasem, kiedy mieszkam po prostu zalaną kawę z żelem pod prysznic i to jest taki mega szybki sposób.

Moja walka z cellulitem ciągle trwa, ale mam nadzieję, że w końcu ogłoszę wygraną.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Odparzenia - mamy problem

 Moje dzieci nie mają szczególnie wrażliwej skóry, ale odparzenia zdarzały się u każdego z nich. Na szczęście potrafiłam szybko sobie z nimi poradzić i nie narażać potworków na ból.

Odparzenia u małego dziecka mogą pojawić się w każdej chwili. Wystarczy, że nie zauważymy od razu, że w pieluszce jest niespodzianka a delikatna skóra niemowlaka zaraz robi się zaczerwieniona i piecze. Dużo osób smaruje pupę niemowlaka kremem na odparzenia przy każdej zmianie pieluchy. Ja uważam, że to nie potrzebne a wręcz może zaszkodzić. W końcu skóra musi oddychać a pod grubą warstwą treściwego kremu i dodatkowo jeszcze w pampersie nie jest to na pewno możliwe. Krem więc wprowadzam dopiero wtedy gdy widzę, że jest taka potrzeba i prócz tego codziennie po kąpieli. Gdy tylko widzę, że skóra na pupie jest chociaż lekko zaróżowiona od razu smaruję ją kremem i często wietrzę - dzieciaki uwielbiają pomachać nóżkami z gołą pupą.

 Raz przy Kalince, zdarzyło się poważne odparzenie, które musiałam skonsultować u lekarza. Stało się tak, dlatego że Mała brała antybiotyk, który dodatkowo powodował biegunki - to wszystko sprawiło, że pojawiło się uporczywe odparzenie. Szybko udało mi się pozbyć problemu - z polecenia pediatry odstawiłam wszystkie kremy do pupy, zamieniłam je na mąkę ziemniaczaną, odstawiłam też nawilżane chusteczki i pupę myłam wodą przegotowaną. Nie obyło się jednak też bez leków - dwa razy dziennie smarowałam odparzone miejsca maścią z antybiotykiem.
Kremy jakich używałam to Nivea baby, Hipp, Sudocrem i mogę polecić je wszystkie, jednak najbardziej zadowolona jestem z maści, którą kupiłam w aptece - Bepanthen - bardzo szybko, nawet już po jednym użyciu widać wyraźną różnicę w wyglądzie skóry. Dodatkowo maść tą mogę polecić mamom, które zamierzają karmić piersią - warto mieć ją w torbie spakowanej do szpitala, doskonale przynosi ulgę i pomaga leczyć wrażliwe brodawki, które przy karmieniu naturalnym, bardzo często są poranione. Nie trzeba jej zmywać przed karmieniem więc jest bardzo wygodna, a to co zostanie można używać do pielęgnacji pupy noworodka :)

niedziela, 17 listopada 2013

Niedzielnie chorobowo

Zrobiło się u nas w domu chorobowo. Kalina pokasłuje, Sonia pokasłuje i maruda taka - nie wiem czy zęby idą czy co (?), Borys nie pokasłuje - ba nawet kataru nie ma, ale w piątek wieczorem dostał gorączkę a dzisiaj popatrzyłam mu w gardło, a tam czerwono i jeszcze jakieś białe kropki ?!? Czyli pełna masakra. Co gorsze dzieci teoretycznie chore, ale ruchliwe i energiczne chyba jeszcze bardziej niż zwykle. Jakoś tą energię musieliśmy rozładować. Aż się chciało dzisiaj wyjść na zewnątrz, na jakiś spacer, nawet były plany odwiedzin u znajomych w Krakowie, ale cóż...trzeba sobie jakoś radzić.

Do południa minęło nam leniwie, poszły w ruch bajeczki, książeczki, w sumie nawet nie obejrzeliśmy się jak trzeba było szykować rosołek, a potem dziewczynki miały krótką drzemkę, ja zarobiłam ciasto na pizzę a potem zaczęliśmy z Boryskiem zabawy papierem i nożyczkami. W międzyczasie mąż zrobił dostawę w postaci papieru kolorowego i tworzyliśmy.

 Było jeszcze playdooh i odwiedziny cioci, a wieczorem zajrzeliśmy do babci i dziadka. Szybko robiłam kolacyjkę, kąpanie i spanie - chwilę z tym ostatnim zeszło, bo panna Sonia postanowiła nie usypiać tak jak zwykle (czyli szybciutko w swoim łóżeczku) tylko u mamy na rączkach (obstawiam ząbki). Teraz na szczęście relax, piwko i serial w tv :) A to próbka naszej radosnej twórczości :D



sobota, 16 listopada 2013

Bioderma krem do zadań specjalnych

Ostatnio zastanawiałam się jaki krem najlepiej sprawdza się na delikatnej dziecięcej skórze. I chociaż moje dzieci nie należą do szczególnych wrażliwców to jest jeden taki krem, którego nigdy na nic nie zamienię. Mało tego - to krem nie tylko dla dzieci, ale dla każdego członka rodziny i do całego ciała, więc jest bardzo uniwersalny. Ten kosmetyk jest moim idealnym kosmetykiem, bez którego nie mogę żyć i jest tak uniwersalny, że stosuję go z powodzeniem do różnych celów. Bioderma atoderm krem do skóry bardzo suchej i atopowej to jego pełna nazwa.

 Odkryłam go przypadkiem, kiedy w aptece nie było kremu, którego dotychczas używałam i skusiłam się właśnie na ten. To był strzał w dziesiątkę i od tamtej pory się z nim nie rozstaję. Przede wszystkim krem nadaje się do całego ciała, ale ja stosuję go głównie do twarzy, ewentualnie w razie potrzeby na jakieś problematyczne, przesuszone miejsca. Pomaga właściwie natychmiast, ja przy długotrwałym już stosowaniu mam idealnie nawilżoną skórę. Druga sprawa to nadaje się dla dzieci od narodzenia - stosowałam na początku na całe ciało, teraz tylko na buźki (ciałko smaruję balsamem nivea bo moje dzieciaki nie mają wymagającej atopowej czy suchej skóry - zwykły balsam wystarcza w zupełności). Bardzo ważny jest fakt, że krem polecany jest na zimę jako ochrona przed mroźnym powietrzem, wiatrem, śniegiem itp. Szczególnie przy małych dzieciaczkach jest to bardzo ważne. Mój Borys ma popękane naczynka na policzkach, więc tym bardziej tego pilnuję. Jednym słowem kosmetyk wszechstronny i niezastąpiony.


czwartek, 14 listopada 2013

Coś dla mamy - Zielony smoothie

Mam ostatnio bzika na punkcie koktajli, które najczęściej przygotowuję sobie na drugie śniadanie. Odkryłam właśnie coś niesamowitego - zielony smoothie o genialnym smaku. Jest mega zdrowy i pyszny a jego przygotowanie zajmuje 5 minut. Idealny dla zmęczonej zapracowanej mamy, która szybko potrzebuje zastrzyk energii :)


Oto przepis na to cudo
1 banan
garść liści szpinaku - ja używam baby szpinak, który kupuję w biedronce
jabłko - obrane ze skórki
jogurt naturalny - używam takiego 0% tłuszczu
Całość blendujemy i wlewamy do ulubionej szklanki, najlepiej przezroczystej, żeby cieszyć oczy tym cudownym zielonym kolorem. Pyszny :)



środa, 13 listopada 2013

wizyta u dentysty

Długo nosiłam się z wizytą u dentysty z Borysem, chociaż wiedziałam, że nie mogę zwlekać. Jakoś zawsze było nie po drodze. W końcu jednak się udało i na szczęście okazało się, że z ząbkami wszystko w porządku. Czasem jak Borys ma humor to otwiera paszczę i sama sprawdzam czy nie widać żadnych czarnych kropeczek, ale wiadomo - fachowe oko specjalisty to co innego.

 Dentystkę mam zaprzyjaźnioną, sama chodzę do niej od lat i spokojna jestem o jej podejście do dziecka. Jest to osoba miła, spokojna i przyjaźnie nastawiona, przez co na pewno nie nasila stresu czy obaw jakie towarzyszą małemu pacjentowi w tej, bądź co bądź, nowej dla niego sytuacji. Borys generalnie nie boi się lekarzy i nie ma jakichś traumatycznych wspomnień, więc to nie była dla niego szczególnie stresująca sytuacja. Ale na pewno pomogło to, że wcześniej opowiadałam mu, że pójdziemy do dentysty - lekarza od ząbków, który sprawdzi czy są zdrowe. Ćwiczyliśmy otwieranie szeroko buzi.

Dodatkowy plus dla przedszkola - w zeszłym roku wszystkie przedszkolaki miały wizytę w gabinecie dentystycznym - takie oswojenie z tematem, zobaczyli jak taki gabinet wygląda, chętni mogli usiąść na fotelu, dzieci dostały prezenty - szczoteczkę i małą pastę do zębów, ulotki, książeczkę. Na szczęście nie mieliśmy problemu z borowaniem czy innymi czynnościami, więc ciężko mi powiedzieć jak wtedy zachowałby się synek i mam nadzieję, że długo nie będzie dane mi się o tym dowiedzieć. Dlatego pilnuję codziennie mycia ząbków - najważniejsze, żeby weszło to dzieciom w nawyk.

wtorek, 12 listopada 2013

Sonia - Słodki Potworek nr 3

Zupełnie nie planowana ale bardzo kochana i chciana :), choć nie ukrywam, że kiedy dowiedziałam się o o jej zaistnieniu była delikatnie mówiąc podłamana. Jako, że jestem z natury optymistką i otrzymałam sporą dawkę wsparcia i pozytywnego myślenia ze strony otoczenia bliższego i dalszego, to szybko otrząsnęłam się z pierwszego szoku. Trzecia ciąża obciążona była bardziej niż poprzednie stresem i różnymi smutkami a na koniec doszła informacja, że dzidziuś ma chore nerki. Urodziła się 18 miesięcy po Kalinie i prawie 4 tygodnie spędziłyśmy w szpitalu na badaniach - ostatecznie okazało się, że Mała ma obustronnie poszerzony moczowód - wdrożono leczenie farmakologiczne i na szczęście leki działają i wada się zmniejsza.

Teraz ma już prawie 7 miesięcy i jest pogodnym słodkim dzieckiem. Co prawda nauczona nieco przez babcię i ciocię noszenia na rączkach ale dzielnie ją od tego nawyku oduczam (z różnym skutkiem). Najbardziej kocha swoje mleczko i swojego czerwonego smoczka, który jest jej znakiem rozpoznawczym - nigdy się z nim nie rozstaje :) Poza tym uwielbia się ślinić oraz brać do buzi wszystko co tylko wpadnie w jej małe rączki. Jest po prostu cudownym małym człowieczkiem.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Kalinka - Słodki Potworek nr 2

Urodziła się dokładnie 21 miesięcy po Borysie. Ja zawsze chciałam mieć dwójkę dzieci i chciałam żeby różnica wieku między nimi była mała. Udało mi się i na dodatek parka - chłopczyk i dziewczynka. Drugim moim zamysłem było posiadanie dwójki dzieci przed trzydziestką - też się udało :) Kalinka to super dziewczyna, od urodzenia była dużym dzieckiem - waga wyjściowa 4400 gram urodzona naturalnie (!) - tak tak, dałam radę :).

Cudowna, śliczna, z taką iskierką w oczach. Właśnie skończyła dwa latka i od tego czasu uwielbia gotować (jednym z prezentów była kuchnia i gary), a poza tym swoją lalę i swoją mamę (która czasem ma tego kochania po dziurki w nosie). Od pół roku dzielnie chodzi do przedszkola i jest grzecznym małym przedszkolakiem (jeśli wierzyć paniom przedszkolankom, które chcą ją zabierać do domu), na szczęście szybko się zaaklimatyzowała i lubi swoje ciocie i koleżanki . Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest większym potworkiem niż jej starszy brat.

niedziela, 10 listopada 2013

Borys - Słodki Potworek nr 1

Kilka słów o moim potworze pierworodnym, który otrzymał imię Borys. Imię się przyjęło, ale lekko nie było. Szczególnie babcie nie były zachwycone. Z jednej strony usłyszałam, że babcia będzie wołała Rysiu a z drugiej, że nie ma przecież świętego Borysa. Na szczęście jeszcze nieco asertywności w nas - rodzicach zostało i uparliśmy się, że będzie Borys i basta. Nawet udało się świętego znaleźć (w Bułgarii, ale jest). Synek urodził się z wagą słuszną - 3700 g, szybko wróciliśmy do domku i przyjmowaliśmy zachwyty i prezenty i dobre rady (te ostatnie z należną pokorą).

 W styczniu skończy 4 lata i jest kochanym słodkim potworem. Oczywiście ma swoje małe wady. No dobra, może nie takie małe, ale i tak jest kochany. uwielbia samochody ( w każdej postaci), bajki (ostatnio na topie są Krudowie) i wszelkiego rodzaju słodycze (z czym mało skutecznie walczę...). Nienawidzę, kiedy krzyczy i jęczy a zdarza mu się to niezmiernie często - nie wiem, jak z tym walczyć i jak reagować. Ale jednocześnie bardzo jest wrażliwy i z kolei krzyk na niego nie daje żadnego rezultatu. Co innego rozmowa - to działa jak najbardziej, ale oczywiście ja czasem o tym zapominam i się zapominam, co skutkuje jeszcze większym rykiem. W każdym razie jest najwspanialszym gościem na świecie :)

czwartek, 7 listopada 2013

Z dzieckiem u fryzjera

Na razie moje doświadczenia opierają się na Borysie, Kalinka długo nie cieszyła się bujnym owłosieniem a teraz nadrabia, ale z pewnością jej loczki nie nadają się jeszcze do obcinania. U Sonki natomiast nie ma jeszcze co obcinać :) Początkowo mój syn miał miękkie loczki i miałam chytry plan by mu je zapuścić. Niestety w wakacje główka bardzo mu się pociła i był to dla niego dyskomfort, więc postanowiłam skrócić jego męki (z bólem w sercu). Jako, że ja zdolności fryzjerskich za grosz nie posiadam, udaliśmy się do zakładu zaprzyjaźnionej pani fryzjerki i choć na początku nie było kolorowo to teraz te wizyty to powód do radości. Pani sadza go na dodatkowych poduszkach i świetnie daje sobie radę pomimo nieustannego kręcenia głową przez syna. Na pewno to co pomogło w tych wizytach - bądź co bądź dość częstych, to kącik, jaki został w salonie urządzony z myślą o małych klientach. Kilka półeczek a nich drobne zabawki, zajmują czas oczekiwania na swoją kolej (przeważnie jednak umawiam się z wyprzedzeniem i nie musimy czekać) a na fotelu zawsze Borys ma jedną lub dwie zabawki w łapkach i to też odwraca jego uwagę. Dochodzi do tego, że nie chce wychodzi z zakładu. Jeśli w zakładzie nie ma takiego dziecięcego kącika zawsze można wziąć ze sobą jakąś drobną zabawkę, która zajmie czas dziecka. No i najważniejsze - nie wymyślajmy zwariowanych - ciężkich do wykonania fryzur, bo to dziecko - niecierpliwi się i w efekcie może w ogóle nic nie wyjść z próby ścięcia. Proste, wygodne fryzurki, które można szybko ułożyć w domu to moim zdaniem podstawa.

środa, 6 listopada 2013

Inhalacje

Inhalacje, nebulizacje, wziewy - odkryłam, a raczej zostały mi polecone, kiedy okazało się, że Borys ma alergię, objawiającą się skurczami oskrzeli a w efekcie atakami kaszlu. Uważam, że przy małym dziecku jest to jeden z niezbędnych elementów, które pomagają zmierzyć się z chorobami dróg oddechowych i nie chodzi mi tylko alergików. To temat zresztą szeroko rozpowszechniany i większość z nas zdaje sobie sprawę, że dzięki inhalacjom można bardzo często zwalczyć chorobę i zapobiec podawaniu bardziej inwazyjnych leków - np. antybiotyków. Nie spotkałam się, szczerze mówiąc jeszcze z negatywną opinią na temat inhalacji. Najważniejsze jednak jest to, jaki inhalator wybrać i jak się nim posługiwać.
Przy wyborze inhalatora kierujemy się technologią, wyglądem i praktycznością.
Jeżeli chodzi o technologie to mamy dwa typy inhalatorów:
  • ultradźwiękowe - niestety nie można za ich pomocą podawać wielu popularnych leków m.in. sterydów
  •  tłokowe - nadają się do podawania większości popularnych leków, również ziołolecznictwa i aromaterapii.
Wygląd ma również spore znaczenie, bo kierując się preferencjami dzieci, zwiększamy swoje szanse na skuteczne podanie leku. Bądźmy szczerzy - dzieci jednak nie przepadają za inhalacjami i dobrze je czymś zachęcić. Dlatego inhalatory są zarówno proste w formie jak i w kształcie przeróżnych zwierzątek czy postaci.
Ostatnia rzecz to praktyczność. Tutaj musimy się zastanowić, czy zależy nam na cichym sprzęcie, bo za ścianą śpi dziecko, czy może małym - bo będziemy go często zabierać w podróż czy może jest nam wszystko jedno i ważne żeby spełniał dobrze swoją rolę. Jest w czym wybierać, więc na pewno można dopasować sprzęt do swoich wymagań.
Moim zdaniem to są najważniejsze kryteria wyboru. Ja mam w domu inhalator firmy Phillips, który zresztą obecnie jest w użyciu - leki dostaje Kalinka, która ma resztki kaszlu. Najważniejsze o czym trzeba pamiętać - podanie leków musi zostać uzgodnione z lekarzem, na własną rękę można podać tylko zwykłą sól fizjologiczną, która nawilża śluzówkę i również może pomóc w początkowej fazie np. kataru.

wtorek, 5 listopada 2013

Pomysły gwiazdkowe

Święta zbliżają się wielkimi krokami i czas pomyśleć o prezentach świątecznych. Ja jak zwykle zostawiam te zakupy na ostatnią chwilę i zawsze klnę jak szewc stojąc w przedświątecznych korkach, ale przynajmniej pomysły jakieś mam już w głowie :) Wiem więc na pewno, że jednym z prezentów będzie super książeczka pt. "Księga dźwięków" autorki Soledad Bravi. Pozycja dla dzieci od 1-2 lat, która cudowanie uczy i bawi. Kupiłam ją z polecenia pewnej mamy, dla Kalinki i jestem naprawdę zachwycona. Ilość stron oszałamia - twarde ilustrowane karty a na każdej z nich obrazek i opis dźwięku. Prosty przekaz, np. gniazdko elektryczne robi NIE. Kotki, pieski ale również choinka czy butelka z mlekiem. Pomysłowe opisy i prosty przyciągający wzrok przekaz, dziecko na pewno nie musi się zastanawiać co autor miał na myśli. Naprawdę polecam dla dzieci, które uczą się mówić, ale też tych które już mówią. Mój Borys też się nią zainteresował. Jeden z pomysłów na prezent dla małego dziecka, który warto wykorzystać.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Wakacje z dziećmi

Da się. Uwielbiam oczekiwanie, planowanie wakacji, ale odkąd jestem mamą stały się one nie lada wyzwaniem. Właściwie jeździmy gdzieś co roku - bliżej lub dalej, ale wakacje mamy zaliczone. Do tej pory z nostalgią wspominam nasze beztroskie wakacje we dwójkę w Chorwacji... Wróciliśmy tam potem z dziećmi - Borysem i Kalinką, chociaż można powiedzieć, że trójką, bo Sonia była już w brzuchu. No cóż - oba wyjazdy znacznie się różniły. Ale nie znaczy to wcale, że ten drugi nie był udany. Może nie zwiedzaliśmy za wiele i odpoczynek był raczej czynny, ale przede wszystkim spędziliśmy ze sobą czas i cieszyliśmy się nim. Myślę, że ważne jest odpowiednie nastawienie i przygotowanie się do takiego wyjazdu. W ten sposób unikniemy rozczarowań i przykrych niespodzianek, za to spokojnie będziemy się cieszyć ze wspólnie spędzonego czasu.
 Może się mylę, ale dla mnie zwiedzanie z małymi dziećmi to totalna pomyłka. Wpadliśmy na taki niezbyt mądry pomysł raz czy dwa razy i obiecaliśmy sobie, że nigdy więcej. Przede wszystkim dzieciaki się nudzą, po jakimś czasie zaczynają wariować i szukać wrażeń, a w konsekwencji ani one nie mają frajdy ani my bo cały czas trzeba gdzieś za nimi chodzić i ich pilnować. Na dodatek tracimy przy tym wiele nerwów - a o te jak wiadomo trzeba dbać. O ile przyjemniej byłoby spędzić taki czas w zoo, na placu zabaw, na basenie - gdzieś gdzie wszyscy mieliby dobrą zabawę.
Po drugie na wyjazd z dzieckiem trzeba wybrać miejsce gdzie są atrakcje zarówno w czasie ładnej i brzydkiej pogody - wiadomo, że tutaj możemy tylko zgadywać, szczególnie jeśli jest to krajowy wyjazd, ale również w ciepłych krajach mogą zdarzyć się niespodzianki. Warto sprawdzić, na wszelki wypadek, jakie w okolicy są miejsca przyjazne dla maluchów. Nie będziemy przecież w niepogodę siedzieć z dziećmi na kwaterze i się nudzić.
Ważną rzeczą jest zadbanie o apteczkę - leki nie zajmują wiele miejsca, a mogą zapewnić nam komfort psychiczny i pomóc w pierwszej potrzebie. To co znajduje się zawsze w mojej paczce z lekami to: plastry, coś na gorączkę i ból, coś na biegunkę, coś na kaszel, coś na uczulenie i ugryzienia. Poza tym leki, które dzieci przyjmują na bieżąco - u mojego syna są to leki przeciwalergiczne a u Sonii leki związane z jej chorobą nerek. Zabieram też zawsze inhalator, bo Borys przez swoją alergię ma czasem skurcze oskrzeli, które załatwiam właśnie nebulizacją.
Standardowe wyposażenie, ale o nim wspomnę: wózek, łóżeczko turystyczne (o ile nie jest zagwarantowane na kwaterze), materace i kółka do wody (na pewno nie obędzie się od nowych wyproszonych na plaży), ręczniki i kocyki.
Ubrania - lekkie plus kilka sztuk cieplejszych (długie spodnie i ze dwie bluzy). Buty to lekkie sandałki a do tego obuwie sportowe. Kosmetyki - standardowo te, które zwykle używamy plus kremy z wysokimi filtrami. Kilka sztuk zabawek, którymi dzieci lubią się bawić.
I w drogę. Osobiście jestem zwolenniczką jazdy z dziećmi w nocy - tak aby zajechać na miejsce na rano. To bardzo dla nas wygodne, bo dzieci praktycznie całą drogę śpią, nie nudzą się, nie kręcą, nie odczuwają więc też wielkiego dyskomfortu. Myślę, że warto jednak mieć na drogę jakieś formy zapełnienia czasu (jeśli jednak dziecko nie chce spać lub zdecydujemy się na jazdę w dzień) - bajki na przenośnym dvd, gry, nagrane piosenki, książeczki, kilka nowych zabawek - nawet tych najtańszych, ale to zawsze nowość i na jakiś czas zajmie delikwenta. Dodatkowo jakieś przegryzki, napoje, smaczne kąski :).
 A na urlopie pozostaje tylko dobra zabawa i duuuużo cierpliwości dla małych potworków. My mamy w planach w przyszłym roku urlop z przyczepą kempingową - już się cieszę (i boję).


sobota, 2 listopada 2013

Dobrodziejstwo bajek

Temat kontrowersyjny, bo część rodziców nie pozwala oglądać, a część i owszem i za dużo i za często i co gorsze nie to co trzeba. A ja uważam, że należy oglądanie bajek wypośrodkować i - jak zresztą w większości tematów dzieciowych - znaleźć złoty środek. Osobiście uważam bajki za błogosławieństwo. Naprawdę. Są takie chwile, kiedy puszczenie bajeczki, daje mi chwilę odsapnięcia, odetchnięcia, a przede wszystkim pozwala na zrobienie wielu rzeczy, których nie dałabym rady zrobić oblężona żądną zabawy dwójką maluchów, na dodatek z niemowlakiem na ręku. Włączam więc, owszem, ale mam swoje zasady. Dzieci oglądają to, co ja uważam za słuszne, ale nie mam jakiś wygórowanych wymagań - nie muszą to być wyłącznie bajki edukacyjne - chociaż bardzo dużo bajek zawiera obecnie te elementy. Natomiast, ważne dla mnie jest dostosowanie do wieku - bywa ciężko, bo mam różne wiekowo elementy. Kalinka jest jednak bardzo mało zainteresowana bajkami, ogląda przez 5 minut po czym szuka innej zabawy. Borys natomiast ma już swoje ulubione bajki i potrafi się nimi zainteresować przez dłuższy czas. Biorę też pod uwagę czas - ponieważ moje dzieci cały dzień spędzają w przedszkolu to wieczorem mają możliwość oglądania bajki w tv. Żeby nie było - zawsze przed snem jest też czytana bajeczka, lub opowiadamy im wymyślone przez nas historie i uważam, że to jest dla nich ważniejsze. Zamieszanie jednak często wprowadza też tata, który nie zastanawia się nad doborem bajek i po prostu włącza te, które są atrakcyjne dla niego - owszem podobają się też dzieciom, ale czy mają na nie dobry wpływ? Obstawiam, że nie bardzo... ale łudzę się, że jednocześnie nie poniosą znaczącej krzywdy na psychice :)

Pokój dziecięcy - wybór łóżeczka

Moja średnia córka skończyła właśnie dwa latka i jest już dużą dziewczynką. Śpi jednak nadal w swoim niemowlęcym łóżeczku ze szczebelkami, które notabene powinna już zająć jej młodsza siostra, która z kolei skończyła właśnie pół roczku i jeszcze śpi w kołysce. Już od dawna nosimy się z zamiarem zakupu większego łóżka, ale jak to my mamy w zwyczaju, odkładamy wszystko na ostatnią chwilę. Postanowiłam więc zrobić chociaż rekonesans dziecięcych łóżeczek, żeby wiedzieć na co stawiać, kiedy nadejdzie chwila zakupu. Na pewno na pierwszym miejscu wspomnę o łóżeczku, które znam i którego użytkownikiem jest mój syn - drewniane łóżeczko z Ikea, które rośnie razem z dzieckiem - ma trzy rozmiary i jest bardzo wygodne, solidne i ładne. My mamy ustawiony rozmiar środkowy, ale tylko po to żeby było wygodniej dla nas, bo czasem przy usypianiu kładziemy się obok syna. Dla czterolatka spokojnie może być jeszcze ustawiony krótszy rozmiar. Na pewno jednak jak dzieciak urośnie nie trzeba będzie łóżka wymieniać na większe, wystarczy rozsunąć ramę i taki mebel posłuży bardzo długo. Jestem do tego typu najbardziej przekonana - nadaje się zarówno dla dziewczynki jak i chłopca bo nie ma żadnych elementów dekoracyjnych - jest proste, drewniane, praktyczne. Jednak sprawdziłam co jeszcze oferuje nam rynek. Przeczesując pod tym kątem internet, natrafiłam na łóżeczko o wymiarach 160x80 z ramą ozdobioną malunkami w typowo dziecięcych klimatach - czyli księżniczki, pieski, samochody itp. Zaletą jest na pewno wysuwana szuflada na pościel i boczne, zdejmowane ramki, zapobiegające upadkowi z łóżeczka. Jak zapewnia sprzedawca stelaż jest drewniany i bardzo wytrzymały i spokojnie można kłaść się razem z dzieckiem.  Boki i fronty łóżeczka wykonane są z płyty. Drugim popularnym typem jest łóżko w kształcie samochodu, nie znalazłam jednak odpowiednika dla dziewczynki. No cóż, pewnie trudno jest zrobić łóżko w formie księżniczki lub kucyka pony. Nie przeszkadza to jednak, żeby standardowe łóżeczka z płyty ozdabiać właśnie takimi iście dziewczęcymi wzorami - standardowo większość tych łóżeczek wyposażona jest w barierkę zabezpieczającą i szufladę na dole. Znalazłam jednak łóżeczko zameczek - która z nas nie chciała być księżniczką? Super sprawa - łóżko na górze a na dole pod łóżkiem "komnata" księżniczki. Niebezpieczeństwo takie jak w łóżkach piętrowych - upadek z wysokości - bałabym się, że nawet dosyć wysokie barierki mogą temu nie zapobiec. Pomysł bardzo mi się podoba, ale nie wiem czy będę w stanie zaryzykować - na pewno przemyślę. Podobny typ łóżeczka znalazłam również ze zjeżdżalnią, oraz w bardziej chłopięcym wydaniu - statku pirackiego. Podsumowując - wybór jest naprawdę ogromny i wydaje mi się, że każdy znajdzie coś dla siebie. Według mnie dominują dwa typy -standardowe łóżeczka drewniane lub z płyty z barierkami ochronnym bez żadnych kolorowych rysunków i ozdób oraz łóżeczka w typowo dziecięce wzory - malunki, kształty, kolory. Ja jestem zwolenniczką tych pierwszych i zdecydowanie skłaniam się ku łóżeczku, które rośnie z dzieckiem i którego nie trzeba szybko wymieniać, ale muszę powiedzieć że odezwała się również moja wewnętrzna księżniczka i łóżeczko zamek bardzo mi się spodobało, boje się jednak, że barierka ochronna nie wystarczy, żeby uchronić moją ruchliwą córeczkę przed upadkiem.
Na koniec jeszcze jedna ciekawa rzecz, czyli akcesorium do łóżeczka, jakim jest wałek ochronny wykonany z pianki, który założony na barierkę łóżeczka chroni dziecko przez uderzeniem, spełniając jednocześnie formę elementu dekoracyjnego. Nie jestem jednak pewna czy nada się do wszystkich typów łóżeczek.

piątek, 1 listopada 2013

Smoothie dla mamy

Dzisiaj notka z serii: Coś dla mamy. I jest to przepis na szybki i cudowny koktajl smoothie, który łatwo można przygotować samemu. Ja sama piję takie bardzo często, jeśli nie codziennie. Jest syty i dodaje mnóstwo energii, jest zdrowy i przede wszystkim pyszny. Podstawa to jogurt naturalny - około 200 ml - ja używam takiego bez cukru i z niską zawartością tłuszczu, bo jestem na diecie, ale osoby, które nie zwracają na to uwagi mogą wybrać każdy inny naturalny jogurt - taki który lubią. Dodajemy do niego obrane ze skóry mango i jednego banana - całość miksujemy w blenderze. Przelewamy do ulubionego kubka lub szklanki i  delektujemy się cudownym smakiem. Oczywiście można eksperymentować ze smakami - zamiast mango kiwi lub brzoskwinie - również pyszne. Ja dodaję jeszcze łyżkę lub dwie siemienia lnianego, które znakomicie wpływa na trawienie, ale również na włosy, skórę i paznokcie. Czasem dosypuję garść suszonej żurawiny - dodaje super smaku. Polecam, bo to szybki i wartościowy posiłek - doskonały jako np. drugie śniadanie.