piątek, 14 listopada 2014

Między nami mamami, czyli do czego się nie przyznajemy :)

Ja wiem, że istnieją mamy idealne - czytam o takich i czasem zdarzy mi się z takimi rozmawiać :). Ale ja do nich nie należę i szczerze mówiąc uwielbiam mamy nieidealne, które na dodatek potrafią się do tego przyznać :). Założę się jednak, że nawet mamy nieidealne mają swoje tajemnice, które nie mają prawa ujrzeć światła dziennego i teraz właśnie ja ujawnię Wam swoje, z których nie jestem dumna, które chciałabym zmienić, ale do których się przyznaję, bo do ideałów to ja na pewno nie należę.

1. Smoczek - powinno się go wyparzać, ewentualnie przelać wrzątkiem, no dobra chociaż wypłukać pod bieżącą wodą... ale faktem jest że zdarza mi się go oblizać...
2. Upadek - ostatnio zadzwoniła do mnie znajoma mama, z pytaniem, czy któreś z moich dzieci spadło kiedyś z łóżka. Odpowiedź - każde.
3. Zaraz - pewnie idealna mama po powrocie z pracy, ogarnięciu bajzlu i zmianie pieluchy z kupą z uśmiechem na twarzy siada do zabawy lalkami barbi tudzież resorakami. No cóż, mnie dość często zdarza się mówić w takiej sytuacji - zaraz przyjdę.
4. Idealne mamy mówią/piszą, że krzyk to to wyraz naszej bezsilności. No i tu się z nimi zgodzę - ale najważniejsze, że czasem działa i Potwory dają chwilę wytchnienia.
5. Bajki - tylko pół godzinki dziennie przed spaniem. Ja się przyznaję, że w sobotę (dzień sprzątania) bajki lecą pół dnia - dzięki temu przez drugie pół dnia dom nie wygląda jak po przejściu tornada.
6. Pampersy - nie jest to rutyną, ale zdarzało mi się nie zmienić pampersa przez dłuższy okres czasu, np. do momentu kiedy wisiał już między nogami i dzieciakowi się źle chodziło.
7. Konsekwencja - pewnie to największy mój błąd wychowawczy i sama sobie jestem winna, ale faktycznie nie należę do osób, które są konsekwentne w stosunku do dzieciaków, często im ulegam i naginam zasady, ale cóż... muszę im jakoś wynagrodzić te 6 pierwszych punktów :)

A do czego Wy możecie się przyznać?

Takie wakacyjne foto, bo zepsuł mi się aparat i na razie brak świeżych fotek :) Potwory z tatusiem.

wtorek, 2 września 2014

Trzeci przedszkolaczek

I stało się - Sonia dołączyła do zacnego grona przedszkolaków. Mam takie szczęści
e, że wszystkie moje maluchy mogą uczęszczać do jednego miejsca, co prawda obecnie każde do innej grupy, ale jednak to duuużo ułatwia - nie tylko logistycznie.
Sonia od poniedziałku zostaje w grupie maluszków (dla przypomnienia ma już 17 miesięcy), ale na razie jest to swojego rodzaju adaptacja - kilka godzin dziennie (wczoraj i dziś około 1,5 godziny).
Ja nie należę do grona matek - wariatek (może dlatego, że przerabiam to po raz trzeci ;)), która bardzo stresuje się jak to będzie i czy będzie płakać i na pewni nie w moim stylu jest stać pod drzwiami i wysłuchiwać płaczu mojego dziecka... ale jednak jest lekki niepokój i w tyle głowy kołaczą się obrazy kwilącego Soniaczka.
Nauczona jednak doświadczeniem wiem, że nie dzieje się jej krzywda, a wręcz przeciwnie - mam poczucie, że tylko wyjdzie jej na dobre - zyska nie tylko na kontakcie z dzieciakami ale nauczy się też wiele rzeczy i stanie się bardziej samodzielna. Wiem, że tak będzie na przykładzie Borysa i Kalinki. Widzę jak dobrze wpływa na nich pobyt w przedszkolu i jestem szczęśliwa, że trafiłam na tak fajną placówkę, która nie tylko przechowuje dzieci w godzinach pracy rodziców, ale uczy i wychowuje (kolokwialnie mówiąc).

wtorek, 19 sierpnia 2014

Po długiej przerwie...

Po długiej przerwie i przystosowywaniu się do nowej rzeczywistości wracam powoli do świata i bloga swego, nieco zaniedbanego.
Jako, że jestem teraz pracującą mamą to muszę z całą stanowczością stwierdzić, że im mniej czasu się posiada tym lepiej jest się go w stanie zagospodarować. O dziwo mam nawet pomalowane cały czas paznokcie, podczas gdy nie pracowałam zdarzało mi się paradować przez dłuuugi czas z "gołymi". Wieczór jakby się rozciągał - i pranie wstawione i obiad ugotowany na drugi dzień, i jest chwila nawet żeby na necie usiąść. Na ćwiczenia i blogowanie już nie starczało, ale w moich planach jest, żeby i te przyjemności nie były zaniedbane :). No cóż, chyba muszę stwierdzić, że do tej pory się leniłam skoro wiecznie na nic nie miałam czasu - a byłam przecież w domu 8 godzin dłużej :)
Miałam dużą potrzebę powrotu do pracy, wyjścia do ludzi i z tego powodu cieszę się, że rozpoczęłam nową pracę. Zastanawia mnie tylko jedno - czy teraz wszędzie są plany, zadania, cele? Czy z każde jedno posunięcie ma przynieść zyski? Czy każdy człowiek jest tylko mechanizmem w większym zegarze? Mam wrażenie, że kiedyś było inaczej i człowiek nie był tylko narzędziem do robienia pieniędzy, ale to co robił miało jakieś większe znaczenie.
Usłyszałam na szkoleniu do nowej pracy takie zdanie - wypowiedziane notabene przez Jacka Walkiewicza - Czy się opłacało? Nie, ale było warto. To zdanie - wyrwane co prawda z kontekstu (można całego wykładu pana Walkiewicza posłuchać na Youtube pt. "Pełna moc możliwości") dało mi bardzo do myślenia i często je sobie przypominam w codziennych sytuacjach.
Postaram się częściej pisać na blogu, bo przez ostatnie tygodnie mi tego brakowało, ale mój organizm musiał się przystosować do nowych warunków życia. Wszystko wraca do normy więc myślę, że blogowanie też wróci, bo przecież warto :)


czwartek, 24 lipca 2014

Mama wraca do pracy :)

Kiedyś w końcu przychodzi taki moment, kiedy mam wraca do pracy. Pewnie jedna mama zrobi to szybciutko a inna będzie odwlekać decyzję w nieskończoność, ale jednak większość z nich kiedyś wreszcie to zrobi. Dla mnie ten czas nadszedł właśnie teraz i na dodatek zaczął się bardzo ciężko, bo rozstaniem z rodziną na dwa długie tygodnie. Wiązało się to ze zmianą pracy - wychodząc z założenia, że chcę pogodzić pracę zawodową z byciem mamą zdecydowałam się na zmianę pracy (dotychczasowa była w godzinach popołudniowo -wieczornych a to życiu rodzinnemu zdecydowanie nie służy). Tak więc najpierw poszukiwanie pracy, a kiedy już się zdecydowałam to czekało mnie szkolenie bardzo daleko od domu. Na szczęście, dzięki pomocy rodzinki, udało nam się jakoś te dwa tygodnie przetrwać i mimo, że niektórym wydawało się, że dla mnie będzie to odpoczynek, to nie mogę tego tak nazwać. Być może odpoczynek od obowiązków domowych, ale wczasy to na pewni nie były, mimo że wróciłam opalona jak nigdy :). To jeden z plusów - drugim jest to, że poznałam kilka fajnych, wartościowych osób, z którymi mam nadzieję utrzymywać kontakt, mimo że mieszkają daleko ode mnie.
Dzieciaki po moim powrocie niesamowicie się ucieszyły - wszystkie - poza Sonią. Ona zareagowała płaczem. Ja oczywiście razem z nią, choć szczerze mówiąc spodziewałam się takiej reakcji. Jestem realistką - ona jest jeszcze maleństwem i nie widziała mnie dwa tygodnie - po prostu zapomniała. Na szczęście zajęło jej jakieś 15 minut, żeby sobie przypomniała i od tej chwili nie mogła się już ode mnie odkleić.
Doceniam ten czas rozłąki z rodziną i mam nadzieję, że on da na tylko plusy i dobrze wpłynie na nasze relacje.
Teraz zaczął się kolejny etap - mama wraca do pracy i musi się zorganizować, a już widzę, że będzie to trudne zadanie :).
A takie miałam widoki podczas mojego dwutygodniowego wyjazdu szkoleniowego - troszkę osładzały trudy rozstania...

wtorek, 1 lipca 2014

Dinozatorland

Niedawno odwiedziliśmy ciekawe miejsce i dzisiaj chciałabym Wam je pokazać. Chodzi o nasz krajowy Jurasik Park, czyli park dinozaurów w Zatorze.
Kiedyś, gdy Borysek był malutki, a Kalinka jeszcze nie była po naszej stronie brzucha, odwiedziliśmy podobny park w Bałtowie. Teraz, z powodów wielkiego zainteresowania Borysa dinozaurami (czy każdy chłopiec ma taki okres?) postanowiliśmy pojechać tam jeszcze raz, ale wybraliśmy inne miejsce i muszę powiedzieć, że było świetnie, nawet pomimo tego, że nie zdążyliśmy zaliczyć wszystkiego, bo złapał nas deszcz.
Dinozaury są naprawdę imponujące - ruszają się i wydają dźwięki. Borys wiele z nich rozpoznał i potrafił nazwać - dzięki temu, że praktycznie codziennie studiuje różne encyklopedie i książki o dinozaurach i każe sobie czytać informacje o nich. Oprócz dinusiów moje dzieciaki były zachwycone innymi atrakcjami - placem zabaw, karuzelami, watą cukrową i owadami w olbrzymich rozmiarach.
Myślę, że jeszcze kiedyś tam wrócimy, choćby po to, żeby zaliczyć pozostałe do zobaczenia atrakcje.




poniedziałek, 16 czerwca 2014

Weekend nad morzem

Dzisiaj spóźniona relacja z naszego wyjazdu sprzed 1,5 tygodnia. Ale w końcu nadszedł jej czas na blogu.
Otóż dłuższe wakacje w tym roku stoją pod dużym znakiem zapytania z wielu powodów, a jeżeli już dojdą do skutku, to będzie to pewnie spontaniczny i niezaplanowany wyjazd w ciemno :) Udało się nam natomiast wyskoczyć nad polskie morze na 3 a właściwie 3 i pół dnia. Pogoda - cudowna, miejsce - świetne, piasek - złoty, morze - zimne. Jednym słowem bajka. No, może nie licząc tego zimnego morza, ale dzieciakom to tak jakby nie przeszkadzało :)
Spędziliśmy ten czas w małej, cichej i spokojnej wiosce o wdzięcznie brzmiącej nazwie Bobolin. Bez atrakcji w postaci wielkiej ilości kramów i kramików, wesołych miasteczek i knajpek. Co prawda brakowało lodów i gofrów, ale można je było znaleźć z niedalekim Darłówku. Za to plaża cicha i spokojna, nie zatłoczona (podobno nawet w sezonie jest gdzie ręcznik swobodnie rozłożyć). Czysta i piękna - jak na polskie morze przystało.
Nocowaliśmy tutaj i z czystym sumieniem mogę to miejsce gorąco polecić. Jest czysto, jest ładnie, funkcjonalnie i na miejscu jest wszystko czego potrzebujesz, a nawet więcej. Szczególnie polecam rodzinom z dzieciakami, bo maluchy faktycznie mają tam co robić - mały plac zabaw, huśtawki, piaskownica, trampolina i przede wszystkim zagrodzony teren, dzięki czemu dzieciaki są bezpieczne. Jedyny mankamentem była dla mnie droga nad morze - owszem urokliwa, ale ponad kilometr z trójką dzieci to jednak dla nas za dużo. Przebyliśmy tą drogę pieszo tylko w pierwszy dzień, na szczęście jest możliwość podjechania bliżej morza samochodem i z tego korzystaliśmy w kolejnych dniach. Nie mogę zapomnieć o pysznych śniadaniach jakie nam serwowano - miedzy innymi smażone specjalnie dla naszych dzieciaków racuszki z jabłkami, czy naleśniki z truskawkami.
Te kilka dni spędziliśmy w doborowym towarzystwie, wspomnę tylko, że dzieciaków siedmioro - możecie sobie wyobrazić co się działo. Ale daliśmy radę - może nie do końca wypocząć, ale oderwać się od codzienności i pooddychać świeżym morskim powietrzem.
Reszta na zdjęciach ( autorstwa mojego i Katarzyny Indyk :))






środa, 11 czerwca 2014

Co u nas nowego - pierwszy kroczek, pożegnanie ze smoczkiem i rodzinny czas

Chwilę nas nie było, a wszystko przez to, że zrobiło się ciepło i prawie cały czas spędzamy na zewnątrz. Na dodatek Sonia zrobiła się bardzo absorbująca i praktycznie nie odstępuje mnie na krok. Bawi się, kiedy jak jestem w zasięgu jej wzroku, a kiedy znikam to wyrusza na poszukiwania. Na dodatek jeszcze nie zaczęła chodzić i bardzo lubi siedzieć u mnie na rękach lub uczepiać się mojej nogi. Czekam więc niecierpliwie na etap kiedy zacznie chodzić, chociaż wiem, że wtedy dopiero się zacznie - będzie chciała wszędzie wejść i wszystko zobaczyć, a niebezpieczeństwa czyją się wszędzie. Jest to jednak kolejny etap w rozwoju małego człowieka i dzisiaj właśnie udało się Sonii zrobić swój pierwszy kroczek :)
Innym ważnym wydarzeniem w naszym życiu było pożegnanie na stałe przez Kalinkę swojego przyjaciela - smoczka. O moich obawach związanych z tym tematem pisałam TU. Chociaż odwlekałam ten moment ile się dało, w końcu się zmobilizowałam i postanowiłam zakończyć temat raz na zawsze. Pożegnanie ze smoczkiem odbyło się tak jak planowałam - w sklepie z zabawkami. Akurat zbiegło się to ze zgubieniem przez Kalinkę jej ulubionej lali (nie wiem jakim cudem zginęła skoro prawie się nie rozstawały, ale jednak jej nie ma) więc Mała wybrała sobie w zamian za pożegnanie ze smoczkiem nową przyjaciółkę i bez żadnych problemów oddała smoczek pani sprzedawczyni. Gorzej było wieczorem... Nie obyło się bez płaczu i próśb o oddanie, lalka została ostentacyjnie odrzucona... Rano zdarzył się jeszcze jeden wypadek, na dodatek z mojej winy. Wiedziałam, że gdzieś w domu zapodziały się dwa zapasowe smoczki, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie. Pech chciał, że miałam je w kieszeni szlafroka, do której Kalina akurat włożyła rączkę. Nie wyobrażacie sobie uśmiechu na jej twarzy kiedy je zobaczyła. Poszłam jednak za ciosem i smoczki szybko zniknęły z pola widzenia. Niestety przez kolejne dwa wieczory było jeszcze wspominanie z płaczem o przyjacielu, ale potem było tylko lepiej.
Na naszym podwórku zagościły nowe sprzęty. Tak naprawdę mamy już mini plac zabaw, brakuje chyba tylko małej ścianki wspinaczkowej. Doszły więc nam dwie huśtawki, które są świetnym uzupełnieniem do domku ze zjeżdżalnią.
Nie ominął nas też piknik rodzinny zorganizowany z okazji Dnia Mamy i Taty przez przedszkole "Mistrzowie Zabawy", do którego chodzą moje dzieciaki (na razie dwójka, ale niebawem dołączy też Sonia). Był dmuchany zamek, zabawy na placu zabaw, przeprawy przez małpi gaj, dmuchanie baniek, zwierzaki z baloników i oczywiście wzruszające występy małych przedszkolaków. Fajny czas, szkoda tylko, że zostaliśmy pogryzieni przez wstrętne komarzyska...


piątek, 30 maja 2014

Ciasteczkowe Potwory

Dzisiaj, tak jak od kilku dni, brzydka pogoda. Pada i zimno... Więc trzeba bawić się w domu. Po przedszkolu wymyśliliśmy więc, że upieczemy ciasteczka. Tym bardziej mieliśmy na to ochotę, że dzieciaki znalazły zakupione kilka dni temu w Biedronce stempelki do ciastek. Wyszły więc szybkie, kruche, maślane ciasteczka - pyszne i słodkie.

Składniki:
175 g mąki pszennej
1 jajko
1 łyżka wody
125 g masła
50 g cukru pudru


Wszystkie składniki zagniatamy i formujemy w kulę, która powinna poleżeć około pół godziny w lodówce. Nasza leżała 10 minut, bo dzieciaki nie mogły się już doczekać wycinania ciastek. Wałkujemy na około 4 mm i wycinamy foremkami kształty. Układamy na blaszce i przez około 10 minut pieczemy w 190 st. C.




wtorek, 27 maja 2014

Stopy górą!

Dzisiaj postanowiłam zrobić coś dla siebie. Właściwie postanowiłam wcześniej, ale wprowadziłam w życie dzisiaj. Mówię o zadbaniu o moje stopy, czyli profesjonalnym pedicure. Przyznam się, że nie robię tego regularnie w salonach kosmetycznych a raczej sama dbam o stopy, ale dwa - trzy razy do roku oddaję się w ręce profesjonalistek. Po tych zabiegach moje stopy wyglądają świetnie przez długi czas i wystarczy, że poświęcam im minimum uwagi. Mam swój sprawdzony salon kosmetyczny, gdzie robię standardowy predicure - mam to szczęście być posiadaczką raczej niekłopotliwych paznokci, które równo rosą i nie wrastają w skórę. Dodatkowo robimy malowanie hybrydowe - pewnie większość zna tą metodę, ale napiszę, że jest to lakier który utwardzany za pomocą lampy UV utrzymuje się przez długi czas na paznokciach. Jest to tak nieskomplikowana metoda, że sama kiedyś zainwestowałam w taki zestaw startowy i robię sobie hybrydy w domowych zaciszu. W moim przypadku jest to wybawianie, gdyż zwykły lakier zazwyczaj odpryskiwał na drugi dzień od pomalowanie - taki urok i żadne utwardzacze, odżywki i bazy po lakier nic w moim przypadku nie działały. Hybryda daje mi ten komfort, że przez minimum tydzień cieszę się ładnymi paznokciami u dłoni a na stopach jest to dużo dłużej ( właściwie decyduje długość odrostu a nie sam lakier). A tak dzisiaj prezentują się moje stopy po wypieszczeniu przez uroczą panią kosmetyczkę :)

wtorek, 20 maja 2014

Jump!

Nareszcie słoneczko zaświeciło i lato zagościło z dnia na dzień właściwie na naszym podwórku :) Niespodziewanie zagościł też u nas nowy sprzęt ogrodowy, czyli trampolina. Niespodziewanie, bo pojechaliśmy kupić nawóz do trawy, ewentualnie oglądnąć meble ogrodowe, a skończyło się na spontanicznym kupnie trampoliny, którą oczywiście zaraz trzeba było złożyć i okazało się, że to kawał sprzętu, który zajmuje sporą część naszego podwórka (które nie jest za wielkie). Radość Potworów jednak była nie do opisania. Skakali do wieczora a następnego dnia rano, pierwsze co zrobili po wyjściu z domu to wskoczenie na trampolinę - zamiast wsiadać do samochodu i jechać do przedszkola :)
Nie wiem jakie ma wady (może poza możliwymi urazami, ale one grożą także w innych sytuacjach, np. na rowerze albo zjeżdżalni) ale zalet z pewnością sporo :) Sama chętnie poskakałam i muszę powiedzieć, że wbrew pozorom nie są to takie lekkie ćwiczenia jak się wydają. Stwierdziliśmy, że to będzie udany prezent na Dzień Dziecka - troszkę przed czasem, ale myślę, że trafiony.


piątek, 16 maja 2014

Moje książkowe tęsknoty

Deszcz pada nieustannie, chociaż dzisiaj zdarzyło się kilka przebłysków słonka. To daje nadzieję na kolejne dni. Może więcej tego słoneczka będzie. Kiedy dni są takie szare, deszczowe i chłodne wraca chęć na ciepłą herbatę, ciepły kocyk i ciekawą książkę. Zamiast książki moim czytadłem będą jednak blogi, które lubię odwiedzać. Szczerze mówiąc odkąd jestem mamą rzadko sięgam po książki... Muszą to być takie pozycje, które naprawdę chciałam przeczytać i wpadły mi akurat w ręce, ale to zdarza się niezmiernie rzadko. Zawsze jest coś ważniejszego - kolejne pranie, zmywanie, sprzątanie, czas dla dzieciaków, którego przecież nie mamy za wiele. A gdy przyjdzie wreszcie ta chwila spokoju, kiedy nic nie kołacze się z tyłu głowy, to najchętniej przyłożyłabym wtedy głowę do poduszki i zamknęła oczy. Nawet czasem tak robię, ale częściej siadam żeby ogarnąć swojego bloga, pomalować paznokcie czy obejrzeć coś w telewizji. Nie starcza czasu na książki. Moimi najważniejszymi lekturami stały się ostatnio bajki... też ciekawe i inspirujące, ale jednak... Tli się tęsknota za czasem, gdy książki niemal połykałam, nie spałam w nocy bo nie mogłam się oderwać dopóki nie przeczytałam ostatniego zdania. I wtedy ta satysfakcja i poczucie spełnienia. Brakuje mi tego. Może powinnam obowiązkowo wprowadzić nakaz przeczytania chociaż jednej książki na miesiąc. Skoro wśród tylu obowiązków udaje mi się znaleźć czas na pomalowanie paznokci, zrobienie maseczki czy oglądanie serialu to na pewno będę potrafiła jeszcze troszkę lepiej się zorganizować i przeczytać tę jedną wybraną pozycję. A jak jest u Was? Znajdujecie czas na czytanie? Lubie czytać czy wolicie inaczej spędzać czas?
fot. pinterest.com



środa, 14 maja 2014

Koślawe kolanka

Na bilansie dwulatka nasza pani doktor dała mi skierowanie dla Kalinki do poradni rehabilitacyjnej, ponieważ jej zdaniem nieprawidłowo stawia stopy. Wizytę mieliśmy dzisiaj i w związku z tym kilka zdań o tym jak należy dbać o małe stópki i czy warto sprawdzać czy wszystko jest ok.
Okazało się, że Kalinka faktycznie ma koślawe kolanka i płaskostopie. Dostałam skierowanie na ćwiczenia, ale jako, że terminy w Polsce mamy jakie mamy, to będziemy musiały jeszcze trochę na te ćwiczenia poczekać. W związku z tym postanowiłam nie czekać i już teraz zacząć w domu ćwiczyć małe nóżki. Pierwsze ćwiczenie, które przykazała nam wykonywać pani doktor jest z pozoru bardzo proste, ale dla tak ruchliwego dziecka jak Kalinka okazało się bardzo trudne. Dziecko powinno siedzieć po turecku i na każdym kolanku ma mieć położony ciężar jednego kilograma - np. kilo cukru lub mąki. Kalinka powinna siedzieć w tej pozycji minimum 10 minut i ledwo ledwo udaje nam się ten czas wytrzymać.

Na razie to jedno ćwiczenie, które na już wprowadziłam, a inne zalecenia, które powinno się wykonywać przy koślawości kolanek to:
- unikanie siedzenia w pozycji na klęczkach, gdy stopy i kolana skierowane są na zewnątrz. Najlepsza jest pozycja "po turecku"
- unikanie bardzo długich spacerów
- buciki z sztywnymi zapiętkami
Ćwiczenia, których część zamierzam wprowadzić w domu zanim uda nam się dostać na rehabilitację znalazłam na stronie http://www.zdronet.pl/kolana-koslawe

A na koniec jeszcze kilka faktów, jak należy dbać o małe nóżki, aby ustrzec nasze dziecko przed wadami. Nie dają one 100 procentowego powodzenia, bo czasem nie da się wady uniknąć, ale na pewno robią dużo dobrego.

- systematyczna kontrola bioderek w wieku niemowlęcym
- odpowiednie obuwie, gdy dziecko zacznie już chodzić (ze sztywnymi zapiętkami, znakiem żółtej stopy)
- częste bieganie boso
- nie używanie chodzika
- obserwacja bucików (jeśli ścierają się nierównomiernie to znak, że trzeba poradzić się specjalisty)
- zwróć uwagę jak siedzi Twoje dziecko (najlepiej "po turecku")

niedziela, 11 maja 2014

Co z tym smokiem?

Jeszcze przed urodzeniem Borysa wiedziałam, że będę mu podawać smoka. Zwolenników takiego rozwiązania jest pewnie tyle samo co przeciwników. Najważniejsze jednak jest żeby plusy nie przysłoniły nam minusów. Przykład Borysa utwierdził mnie w przekonaniu, że smok to nic złego a wręcz przeciwnie - potrafi zdziałać cuda. Mam wręcz wrażenie, że jest nie tylko najlepszym przyjacielem małego człowieka, ale jego rodziców również. Oczywiście do czasu... W pewnym momencie przychodzi ta chwila, kiedy smoczek zaczyna nam przeszkadzać, wręcz razi po oczach i podejmujemy tą trudną decyzję o odstawieniu. To nie tylko dla nas ciężka decyzja. Dla głównego zainteresowanego może wręcz być dramatem. Często jednak jest tak, że to rodzice bardziej przeżywają ten moment niż dziecko. Możemy mieć ten problem z głowy, kiedy z jakiegoś powodu smok sam przestanie być potrzebny jego właścicielowi - tak bywa na przykład w przypadku ząbkowania. Wiele dzieci właśnie w tym okresie odrzuca smoczek, bo podrażnia już i tak obolałe dziąsła. Czasem, z niewiadomych powodów maluchowi smoczek przestaje być potrzebny. Gorzej wygląda sytuacja, kiedy, tak jak u mnie dzieciaki przywiązują się do swojego przyjaciela i nie potrafią się z nim rozstać. Mam doświadczenie w temacie odstawienia smoczka tylko w przypadku Borysa. Kalinka i Sonia nadal są właścicielkami swoich pocieszycieli. Chociaż Kalinka ma go tylko do spania to zdecydowanie nie jest przygotowana na rozstanie, a ja uważam, że to już jest ten ostateczny moment.
Przy wszystkich moich dzieciach, na początku smoczek był niezastąpiony. Zaspokajał potrzebę ssania, co pozwoliło moim sutkom odetchnąć. Często wydaje się, że noworodek jest głodny, a tak naprawdę ma on wielką potrzebę ssania - odkryłam to już w czasie pobytu w szpitalu - Borys praktycznie nie mógł się oderwać od piersi. Pielęgniarka zasugerowała smoczek, który mój mąż szybko dowiózł i faktycznie zadziałało - synek spokojnie potrafił zasnąć na minimum dwie godziny. Przy dziewczynkach miałam smoczek spakowany do torby i nauczona doświadczeniem, podawałam im go od razu. Jednak każde dziecko jest inne i o ile Borys szybko smoczka zaakceptował jako swojego przyjaciela, to dziewczynki musiały się nauczyć współpracy z nim. Później smoczek nie tylko zaspokaja potrzebę ssania, ale staje się uspokajaczem w wielu trudnych sytuacjach.

Ponieważ właściwie nie wiem jak bardzo mam się spinać w temacie odzwyczajenia Kaliny od smoka postanowiłam usystematyzować wszystkie informacje jakie krążą na ten temat.
Fakty:
 -potrzeba ssania - udowodniono, że noworodek a później niemowlak ma ogromną potrzebę ssania, nie zawsze związaną z chęcią jedzenia, a często po prostu sygnalizującą potrzebę bezpieczeństwa, czułości, bliskości. Smoczek koi wtedy nerwy, przynosi ulgę i pozwala dziecku się uspokoić. Potrzeba ssania jednak robi się z wiekiem coraz mniejsza i w drugim półroczu życia dziecka można już odzwyczajać dziecko od smoka..
 - zaburzenia w prawidłowym ssaniu piersi matki - to może prowadzić do problemów z laktacją.
-  cytomegalia - choroba przenoszona przez ślinę - jest faktem, że rodzic może zarazić dziecko, ale tylko wtedy gdy nie przestrzegają zasad higieny i biorą smoczek do swoich ust
-uczulenie na lateks
- wady wymowy i wady zgryzu - większość logopedów uważa obecnie, że właśnie ssanie smoka powoduje późniejsze problemy z mową i wady zgryzu. Na moich dzieciach nie mogę tego potwierdzić, mówiły w wieku dwóch lat prostymi zdaniami. Kalinka obecnie w wieku 2,5 lat mówi pełnymi zbudowanymi zdaniami. O wadach zgryzu na razie nie mogę się wypowiedzieć, bo podczas wizyty u stomatologa nie stwierdzono nieprawidłowości, ale być może to jeszcze za wcześnie. Wady zgryzu mogą też być spowodowane źle dobranym smoczkiem, według specjalistów najlepsze są smoczki anatomiczne.
- dzieci, które nie dostały smoczka zaczynają ssać kciuk. A to z kolei może prowadzić do bardzo poważnych wad zgryzu.


Powszechnie znane sposoby na odzwyczajenie od smoczka.
Najpierw zacznę od tego, który sprawdził się przy Borysie, chociaż był bardzo spontaniczny i nieprzemyślany. Smoczki, których używał były już bardzo zniszczone i pogryzione, ale nie kupowałam nowych właśnie z tego powodu, że chciałam by już rozstał się ze swoim przyjacielem. Borys kochał je bardzo, ale jednocześnie zaczęło mu przeszkadzać to, że były takie pogryzione. Pewnego dnia a właściwie wieczoru przed spaniem powiedziałam mu, że smoczki pogryzły mu pieski i o dziwo podziałało. Zniszczone smoki wyrzuciłam od razu do śmieci.
Inne sposoby wymieniane przez rodziców to:
- zamiana za inną przyjemność - dziecko oddaje smoczek a w zamian może wybrać sobie nową przytulankę, słodycz lub inny drobiazg, który sprawi mu przyjemność i wynagrodzi stratę.
- niektórzy próbują smarować smoka sokiem z cytryny (albo innymi niezbyt przyjemnymi w smaku substancjami)
- stopniowo - najpierw ograniczamy użycie smoczka w dzień, potem podajemy tylko do spania a na koniec odstawiamy całkowicie. To jest sposób, który też wypróbowałam przy Borysie i Kalina jest teraz na etapie smoczek tylko do spania.
- nie odbierajmy dziecku smoczka w ważnym momencie np. pójścia do żłobka, narodzin brata lub siostry itp.
Teraz moim zadaniem jest w sposób jak najbardziej bezbolesny pomóc Kalince rozstać się ze swoim przyjacielem. Myślę, że wykorzystam najpierw ten sposób z zamianą na nową przytulankę, którą będzie sobie mogła wybrać sama.


poniedziałek, 5 maja 2014

Nie lubię poniedziałków

A właściwie tego dzisiejszego. Po tym wolnym (które dla mnie właściwie wolnym nie było, bo przecież do pracy póki co nie chadzam) jestem totalnie rozregulowana. Dom wygląda jak po przejściu huraganu, a ja nie wiedziałam właściwie za co się zabrać. Skończyło się na tym, że przynajmniej poprasowałam, resztę obowiązków zostawiłam sobie na jutro. Dzieciaki poszły do przedszkola, ale były tym faktem zdecydowanie zawiedzione. Przyzwyczaiły się do luźnych dni w domu i nie w smak im było wdrażanie się w przedszkolny rygor. Popołudnie spędziliśmy w domu, bo pogoda zdecydowanie przypominała tą wczorajszą (czyli zimno i wiatr). Też tak macie po dłuższym wolnym? Człowiekowi ciężko jest wbić się w codzienność, a przecież chcąc nie chcąc trzeba :). Mam nadzieję, że kolejne dni przyniosą lepszą pogodę, lepsze samopoczucie i lepszą organizację.
A na zdjęciu wspomnienie ciepłych dni i lodów:

niedziela, 4 maja 2014

Po długim weekendzie

Długi weekend to pojęcie względne. Dla moich dzieci z pewnością był długi, bo mieli 4-dniową przerwę od przedszkola. Dla mojego męża raczej nie różnił się od standardowego weekendu, bo 1 i 2 maja choć teoretycznie wolne od pracy, przeznaczył na pracę w domu. Dla mnie był to zdecydowanie bardzo pracowity weekend, jednak na pewno miło spędzony (poza kilkoma nerwowymi momentami :)). Cały czas, mimo niekorzystnych prognoz, łudziłam się, że jednak pogoda dopisze. Niestety... o ile 1 i 2 maja były pod tym względem całkiem ok, to pozostałe dni były chłodne, wietrzne i z opadami. Dzisiaj zdecydowanie więcej słońca, ale nadal zimno i wiatr.
Teraz liczę na ciepłe dni, dużo czasu spędzanego na zewnątrz (u nas mówi się  "na polu" a w innych rejonach Polski "na dworze"), dużo zabaw na placu zabaw, jazdy na rowerach i budowanie babek z piasku. Czekamy na lato i wakacje :)
Pracowity 1 maja, potem było już coraz zimniej :)



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Mamy dzieci, nie możemy się bić!

Czyli co wypada a co nie, kiedy jesteś już rodzicem.
Tytuł posta to cytat z filmu "Jeszcze większe dzieci", jeśli widzieliście, to wiecie o co chodzi a jeśli nie to obejrzyjcie bo to fajna komedia.
A teraz do rzeczy. Na pewno pamiętacie te czasy, kiedy nie było dzieci, nie było obowiązków, była za to wolność, młodość i wybryki, które wspominamy z wypiekami na twarzy. Czasem wspominamy ze znajomymi te minione czasy z nostalgią opowiadając jedno przez drugie historie, które poważnemu statecznemu rodzicowi nie mają prawa się przydarzyć. Ale czy na pewno stateczny rodzic nie może się już dobrze bawić? Pójście na imprezę wchodzi w grę, ale tańczenia na stole do białego rana? Już niekoniecznie. Tatuaże? Tylko te przemyślane, najlepiej z datami urodzin dzieci. Albo imionami. Robione w profesjonalnym studio, a nie przez znajomego na imprezie, której kolejnego dnia nie będziemy dobrze kojarzyć. Przejażdżka dzisiaj kojarzy nam się z wyjazdem do Zoo tudzież Aquaparku lub krainy dinozaurów. Kiedyś ten termin miał zgoła inne znaczenie (np. wycieczka za granicę po zapasy alkoholu, bo tam był dużo tańszy). Wakacje wybieramy dzisiaj pod kątem dzieci - musi być plac zabaw, klimatyzacja i basen blisko kwatery, na dodatek tam gdzie pogoda na pewno nie zawiedzie. Kiedyś można było spędzić trzy dni w namiocie, który przeciekał (bo trzy dni z rzędu padało).
Nie wypada dzisiaj nam - rodzicom robić wielu rzeczy, ale tak z ręką na sercu, czasem i dziś zdarzają się incydenty, którymi się dzieciom nie pochwalimy, ale będziemy wspominać ze znajomymi. Pewnych rzeczy nie pasuje nam robić, ale co zrobić gdy czasem ogarnia nas ta nieprzeparta ochota, żeby chociaż przez chwilę cofnąć się do czasów, kiedy można było? Ja myślę i mam nadzieję, że takie wybryki czasem będą nam się zdarzać (oby nie za często), bo nie chciałabym zapomnieć jak to jest być spontanicznym, szalonym, niekoniecznie młodym ciałem, ale na pewno duchem :)
A na zdjęciach moje motywatory do bycia "porządnym" rodzicem.



sobota, 26 kwietnia 2014

Jakie niebezpieczeństwa czyhają na małego Potwora

Dzisiaj będzie o tym, jak bardzo trzeba uważać na małe dziecko. Takie maleństwo - noworodek, niemowlak to mały pikuś - leży w łóżeczku, lub siedzi, nie przemieszcza się a co za tym idzie nie czyhają na niego straszne niebezpieczeństwa. Wiadomo, na takie maleństwo trzeba też bardzo uważać, ale możemy bardziej to kontrolować. Przy ruszającym się już Potworku jest to trudniejsze zadanie, tym bardziej gdy po domowej dżungli pełnej niebezpieczeństw buszują jeszcze dwa starsze potwory. To czego się boję i na co już się nacięłam (a właściwie nacięło się moje dziecko) to:
- szuflady. Ja nie wiem co w nich jest niesamowitego, ale Sonia je uwielbia - otwiera te w kuchni z naczyniami, te z ubraniami i każde inne na które przypadkiem się natknie. Ja wiem powinnam je zabezpieczyć, związać choćby sznurkiem. Jestem chyba nieodpowiedzialną matką, że jeszcze do tej pory tego nie zrobiłam, choć Sonia już zdążyła przyciąć sobie paluszki... myślę, że muszę się zmobilizować i jakoś je zabezpieczyć.
- małe przedmioty i papierki. Teoretycznie nie powinno ich być w zasięgu wzroku i małych łapek ale, no właśnie, jest to jedno ale, gdy mieszkańcami są oprócz nas jeszcze czterolatek i dwulatka. Staram się oczywiście zbierać te drobiazgi, papierki, zabawki z jajek niespodzianek, kółeczka od resoraków i buciki lalki Barbie, które są prawie niewidoczne gołym okiem, ale nie ukrywam, że nie nadążam i czasem wyciągam je wprost z buzi Sonii.
- picie wody z wanny. To jakaś obsesja i ciekawa jestem czy inne dzieci też tak mają. Pierwsze co robi Sonia po wsadzeniu do wanny, to zanurzenie buzi w wodzie. Nie raz się zachłysnęła, ale nie potrafię jej tego oduczyć, może macie jakiś sposób, nie mogę jej przecież cały czas trzymać bez ruchu (co zresztą jest niewykonalne)
- schody. To moja zmora, ale na szczęście mam na to sposób, który zamierzam w najbliższych dniach uskutecznić - bramka zabezpieczająca. Nasza stara, która do tej pory leży w częściach gdzieś za szafą, musi wrócić do łask, bo odkąd Sonia zaczęła się przemieszczać, raczkuje za dziećmi w kierunku schodów, a ja boję się, że kiedyś po prostu mogę jej nie zauważyć i będzie kiepsko. Więc - bramka zostanie w najbliższym czasie zamontowana :)
Starszy brat i starsza siostra również mogą być niezłym zagrożeniem. Szczególnie jeśli są niewiele starsi i nie mają wiele więcej oleju w głowie. Przez nieuwagę i w ferworze zabawy mogą zrobić krzywdę.
A na wasze dzieciaki jakie niebezpieczeństwa czają się dookoła?


piątek, 25 kwietnia 2014

Minął rok...

Rok temu, o tej godzinie miałam już moje trzecie dziecko po drugiej stronie brzucha. Jak to było? Ta ciąża była spokojna, choć z zaskoczenia, bardzo dużo emocji, pod koniec pełna napięcia i strachu, zakończona dość szybkim, wywoływanym porodem. Po urodzeniu malutkiej zaczęły się schody, okazało się, że z jej nerkami jest problem, o czym już TUTAJ pisałam. Spędziłyśmy razem miesiąc w szpitalu - Sonia nie miała przez ten czas okazji poznać swojego rodzeństwa, a właściwie nikogo z rodziny, poza mama i tatą... Był to czas tęsknoty, niepewności, strachu czy wszystko będzie dobrze.
Minął rok, przez ten czas przyzwyczailiśmy się do wizyt w szpitalu, chociaż za każdym razem mam stres, co nam powie nasza pani doktor. Na szczęście do tej pory wszystko idzie ku lepszemu, uzbroiliśmy się w cierpliwość i cieszymy się, że przede wszystkim mamy szczęśliwe zdrowe dziecko. Ten miniony rok dał nam wiele łez, ale też wiele radości. Pierwszy uśmiech, pierwsza przewrotka z pleców na brzuch (i odwrotnie), pierwszy ząb, nauka siadania, wstawania, raczkowania. Na pierwsze kroczki jeszcze czekamy, a kiedy to nastąpi, to już teraz wiem, że będziemy musieli mieć oczy dookoła głowy. Sonia nie lubi bowiem stać ani siedzieć w miejscu, lubi ruch i być tam gdzie coś się dzieje. Jak każde dziecko nie lubi być sama, więc kiedy nie ma mnie w zasięgu wzroku zaraz wyrusza na poszukiwania. Wystarczy zawołać ją po imieniu, a na jej buzi pojawia się wielki uśmiech.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać jej umiejętności, zalety, to co lubi robić i czego nie znosi. Ale napiszę tylko: Sto lat córeczko. I dużoooo zdrówka :)


środa, 23 kwietnia 2014

Moje sposoby na to, jak odreagować kiedy dzieciaki dały ci popalić

Każda matka chyba ma takie dni, kiedy ma zwyczajnie dość. Dość karmienia, dość przebierania, dość pocieszania, uspokajania, upominania, mycia, zabawy, gotowania, prania, odkurzania. Dość rozbitych kolan, mokrych od łez oczu, awantur bez powodu i histerii. Dość inhalacji, wmuszania syropów i mierzenia temperatury. No nie wierzę, że jest mama, która nigdy nie miała tego wszystkiego dość. Że nigdy nie przyszedł taki moment, że wszystko się nawarstwiło i mama jest bliska od wybuchu. Jeśli istnieją takie mamy, którym się to nie przydarza to szacunek, ale ja osobiście takich nie znam. Jakie ja mam sposoby, że nie wyżyć się w końcu na dzieciakach? Przede wszystkim muszę się przyznać, że moje sposoby czasem nie działają i zdarza się, że wyładuję swoje emocje na nich, szczególnie jeśli kolejny raz próbują sprawdzać moją wytrzymałość psychiczną i przesuwają jej granicę. Zdarza się i nie jestem z tego dumna, więc szybko potem próbuję się zrehabilitować i wynagrodzić im swoje wybuchy. Jeśli jednak uda mi się opanować to takim sposobem "na gorąco", który pozwala ochłonąć jest policzenie do 10. Czasem do 20. Albo jeszcze dalej. Kiedyś liczyłam w głowie a teraz liczę na głos i moje starsze potwory patrzą na mnie czasem jak na świra, ale często przyłączają się do liczenia i zamienia się to w zabawę. Ja się nieco odstresuję, a one znajdują zajęcie. Na dłuższą metę potrzebuję jednak bardziej skutecznych sposobów, żeby odreagować. Jednym z nich jest moje wieczorne skakanie - teraz jest moda na domowy fitness i ja też jej uległam i choć nie ćwiczę z Chodakowską to nie tylko moje ciało, ale też samopoczucie ulega zmianie na lepsze :)
Innym moim sposobem, żeby nie zwariować przy trójce Potworów i codziennej rzeczywistości jest po prostu ucieknięcie od niej (tej codzienności) chociaż na chwilę co jakiś czas. Faktem jest, że moim wybawieniem jest moja mama, która daje mi taką możliwość, że mogę sobie pozwolić na taką odskocznię raz na jakiś czas. Dla mnie totalnym odstresowywaczem (trudne słowo) jest buszowanie w lumpeksie. No i nie dość, że ja mam lepszy humor to cała rodzina obkupiona za małe pieniądze. Co jakiś czas wychodzimy też z mężem na pizzę, na piwo czy do znajomych. To naprawdę niezły zastrzyk nowej energii i siły. Na takie wyjście trzeba się przygotować, umalować, ubrać inaczej niż po domu, a to też jest dla mnie dawka przyjemności, bo lubię takie zabiegi. Nawet wśród codziennych obowiązków jest to dla mnie jakiś sposób, żeby oderwać się od rzeczywistości i moim zdaniem nic tak dobrze nie robi na poprawę humoru jak zrobienie sobie maseczki, peelingu czy kąpieli w pianie. Uwielbiam takie małe przyjemności.
Troszkę się tych sposobów uzbierało, ale chętnie poznałabym jeszcze inne. Tego nigdy za wiele, w końcu jeszcze wiele lat nasze dzieci będą nas wyprowadzać z równowagi, a my - mamy musimy sobie z tym dzielnie poradzić :)


wtorek, 22 kwietnia 2014

Poświątecznie

Święta, święta i po świętach. Oczywiście mimo moich znikomych przygotowań, na wadze przybyło parę deko. No cóż... nawet więcej niż parę. Ale nic to, dziś nowy dzień, na dodatek piękny i słoneczny. Troszkę zmącony przez biegunkę Sonii, która trwa już od Wielkiej Soboty. Byłam przekonana, że to wirusówka, ale po wizycie u lekarza okazało się, że idą zęby. Faktycznie brak innych objawów może za tym przemawiać, więc czekamy aż wyjdą dwójki.
Nasze święta minęły spokojnie i rodzinnie. Bez wielkich przygotowań i gorączkowego sprzątania i gotowanie. Owszem było ciasto - takie które robię często bez okazji i wiem, że nam smakuje. Sałatki oczywiście też były. Okien niestety nie udało się umyć. A na pewno nie wszystkich. I nic się wielkiego nie stało, naprawdę :)
W Wielki Piątek malowaliśmy pisanki. Nie twierdzę, że moje dzieci nie są artystycznie uzdolnione, ale na pewno typowe standardowe arcydzieła to nam nie powychodziły. Raczej stawialiśmy na wersję modern. Było widać w każdym razie pełne zaangażowanie.
W sobotę dzieciaki poświęciły koszyki, nie są jednak typem, który się wycisza w kościelnych murach. Koszyczki ciągle się wywracały, aż w końcu z jednego z nich wszystko się wysypało - łącznie z solą.
Niedziela i poniedziałek minęły nam na spotkaniach rodzinnych, ale w tym roku troszkę inaczej, bez pośpiechu i ns luzaka. Tak jak lubię.
Teraz powracamy do naszej codzienności i czekamy na kolejne chwile, które będziemy mogli razem spędzić leniwie, odetchnąć od szybkiego życia, od pędu i od stresu, który nam gdzieś tam ciągle towarzyszy.




czwartek, 17 kwietnia 2014

Dzień, w którym odzyskałam sypialnię

W ferworze porządków przedświątecznych (które nota bene w tym roku jakieś chaotyczne) wzięłam się za sprzątanie sypialni i rzeczą oczywistą było przeniesienie łóżeczka Sonii do pokoju Kalinki. Do tej pory był to pokój Kalinki a teraz jest pokojem dziewczynek. Muszę powiedzieć, że z tym krokiem nosiłam się już od jakiegoś czasu, ale zawsze wynalazłam sobie jakieś ale. No i dzisiaj w końcu powiedziałam pas, łóżeczko sama, samiuteńka (choć z asystą) przetargałam do pokoju Kalinki i Sonii.
Pierwsze próby były bardzo udane - drzemka przed- i po-południowa odbyły się bez żadnych problemów. Miałam nadzieję, że tak będzie dalej... Niestety wieczorem Sonia postanowiła zademonstrować swoje niezadowolenie i sprzeciw. Chyba nadal chciałaby spać ze mną... Skoro się jednak powiedziało A... Pomalutku udało się i Maleństwo usnęło. Bałam się jednak, co będzie dalej. Przed nami przecież cała noc. Najbardziej obawiałam się, że Kalinka będzie budzić Sonię i odwrotnie.
Pierwsza noc nie była dokładnie taka, jak bym chciała. Mała budziła się dość często jak na nią. Kręciła się w łóżeczku i ewidentnie przeszkadzała jej lampka nocna, która z kolei uspokaja Kalinkę, kiedy się w nocy przebudzi. W końcu część nocy przespała w moich ramionach w moim łóżku a część w swoim łóżeczku.
Kolejny dzień i kolejne próby. Drzemki dzienne bez problemu i ku mojemu zdziwieniu wieczorem też okazało się że nowe miejsce nie jest już problemem. Sonia, tak ja zwykle do tej pory, usnęła spokojnie odłożona do swojego łóżeczka i przytulona do swojego kocyka. Kalinka również usnęła bez problemów. Spróbowałam nie włączać lampki, zostawiłam za to odsuniętą roletę, dzięki czemu nieco światła księżycowego wpada do pokoju i nie ma kompletnej ciemności. Na razie Kalina nie zgłasza potrzeby włączania lampki, a Sonii to wyraźnie przeszkadzało w wyciszeniu się.
Wieczorem mieliśmy wychodne i trochę się obawiałam, że Sonia będzie się budzić i będziemy musieli szybko wracać do domu, jednak obyło się bez żadnych pobudek. W nocy byłam u niej tylko raz i jeszcze jeden raz nad ranem. Pobudka o 6:20, czyli jak nią - standardowo :) Miejmy nadzieję, że nadal tak pozostanie.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Niedzielny obiadek

Obiecywałam sobie kiedyś, że w niedzielę nie będę gotować... To było zanim pojawiły się dzieci. Teraz niedzielne gotowanie to niemal moja pasja,  mogę popuścić wodze wyobraźni. Ostatnio inspiruję się przepisami z lidla i muszę powiedzieć, że większość jest smaczna (większość czyli 4, które zdecydowałam się wykonać :D). Dzisiaj jednak doszłam do wniosku, że raczej powinnam, czy też powinniśmy tę niedzielę traktować luźniej i trzydaniowy obiad niekoniecznie jest musem. A już na pewno dzieciaki będą bardziej zadowolone, kiedy razem coś zrobimy czy gdzieś pójdziemy, niż z tego że mama spędziła pół dnia w kuchni. Więc od następnej niedzieli luzik - będzie obiad to będzie, a jak nie będzie to najwyżej zamówimy pizzę :) raz czasem też należy ją zjeść.
A na zdjęciu Borys z palmą, robioną na szybko przez moją mamę, bo mi się zapomniało kupić gotowe. Te robione były jednak naprawdę śliczne i niepowtarzalne.


czwartek, 10 kwietnia 2014

O tym co przyniesie przyszłość...

Nastolatka malująca się przed lustrem w łazience, młody chłopak popalający papierosy chowając się rogiem, dziewczyna na dyskotece z piwem w ręce, chłopak wdający się w bójkę w parku... takie i wiele innych obrazków przewija mi się w głowie, kiedy myślę o przyszłości moich dzieci. Jak bardzo świat się zmieni i jak wiele zagrożeń - gorszych niż te, które znamy ze swoich młodzieńczych lat przyniesie. Zaraz potem, gdy łapię się na tych myślach, tłumaczę sobie, że przecież zanim to stanie się moim zmartwieniem minie wiele lat. Czy aby na pewno, tak wiele? Czas pędzi do przodu niesamowicie - tak naprawdę wydaje mi się, że dopiero co chodziłam w pierwszej ciąży z Borysem, a teraz, gdy on ma dopiero 4 lata (albo już 4) ja mam już troje dzieci. I najmłodsze za dwa tygodnie skończy rok! To dopiero tempo. Więc jak mogę przypuszczać, ze ten czas beztroskiego dzieciństwa nie minie jak z bicza strzelił. Zaraz będzie szkoła, a wiadomo, że tam to już zaczynają się pierwsze problemy. I chyba to przysłowie - małe dziecko - mały kłopot, duże dziecko - duży kłopot, nie jest wcale przesadzone.
 Wiem, że ten czas zleci, wiem to i dlatego myślę o przyszłości i o tym, że trzeba te dzieci na nią przygotować. No jak - zabraniać wszystkiego? Pokazywać przez szybę niebezpieczeństwa? Wystawiać na próby? A może pozwolić uczyć się na błędach? No ciężka sprawa... Wszystkie rozwiązania niosą za sobą jakieś skutki, negatywne i pozytywne. Czas pewnie dopiero pokaże. z jakimi problemami przyjdzie nam się zmierzyć i jakie wyzwania wychowawcze będziemy musieli podjąć. Ja chyba jestem zwolenniczką uczenia się na własnych błędach, ale myślę, że trudno będzie mi - jako matce, spokojnie patrzeć na to jak moje dzieci popełniają błędy. Mam jednak nadzieję, że będę potrafiła to jakoś pogodzić i dać im spory margines swobody - oczywiście kontrolowanej :D
Na zdjęciach oczywiście Potworki :) Siostry i Brat :)


wtorek, 8 kwietnia 2014

Dzieci i uczucia

Gniew, złość, niechęć, obojętność, zazdrość, strach, wstyd, litość, współczucie, miłość. Uczucia towarzyszą nam codziennie - każdemu człowiekowi, bez względu na wiek czy płeć. Dorosły człowiek wiele z nich potrafi opanować, schować gdzieś głęboko, zakamuflować... albo wręcz przeciwnie - podsycić i wzmocnić. Te uczucia mają zarówno pozytywny jak i negatywny wydźwięk, a co za tym idzie, potrafią dawać radość i zadawać ból. To oczywiste dla nas - dorosłych, ale pytanie, czy dzieci także zdają sobie sprawę, jak wielką rolę uczucia odgrywają w naszym życiu i ile od nich zależy? Nie, a przynajmniej nie od początku. Tutaj zadanie stoi przed nami - rodzicami, opiekunami. To my musimy im uświadomić jak bardzo można kogoś zranić słowem i jak szybko rówież słowem można go pocieszyć.
Od narodzin kształtujemy nasze dzieci. Oczywiście, że są pewne rzeczy niezależne od nas, ale to do nas należy, żeby pokazać dziecku nie tylko czerń i biel życia, ale też wszystkie jego odcienie. Jeżeli od początku damy mu możliwość wyborów, to czy zawsze wybierze dobrą drogę? Dzieci są czułe, ufne i potrafią bardzo mocno kochać. Ale jednocześnie potrafią być bardzo złośliwe, zazdrosne i nieufne. Ile razy zdarza się, że grupa dzieci upatruje sobie "ofiarę" wśród rówieśników, którą potrafi dręczyć. Za moich szkolnych czasów były takie przypadki, a teraz są jeszcze gorsze. Dzieci popełniają samobójstwa pod wpływem innych dzieci. Czasy się zmieniają i ludzie również się zmieniają. Ale uczucia ciągle pozostają takie same. Tak samo dziś jak kiedyś można zranić słowem, gestem bardziej niż nożem. Tak samo można komuś pomóc odbić się od dna podając mu pomocną dłoń. Nasze dzieci musimy jednak tego nauczyć. Pokazać im jak wielką krzywdę można wyrządzić drugiej osobie. Nie wystarczy o tym mówić. My musimy dzieciom pokazać jak okazywać uczucia. I to nie tylko te dobre. Musimy pokazać naszym dzieciom jak okazywać i opanowywać negatywne uczucia i jak wczuć się w sytuację drugiego człowieka. Dziecko kochać nauczy się zaraz po urodzeniu, ale opanowania nienawiści musimy nauczyć go my - jego rodzice, jego nauczyciele. Do nas ta rola należy i tutaj nie ma miejsca na błędy. Bo my nasze dzieci uczymy nie tylko słowami ale przede wszystkim całym naszym życiem. Nasze zachowania przekuwają się w zachowania naszych dzieci. One są lusterkiem, w którym możemy się obejrzeć. Pytanie, co dostrzeżemy na pierwszym planie?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Niedziela

Rano za oknem deszcz... a planowo miało być grillowanie w ogrodzie, jednak przez kiepską pogodę  mięso wylądowało w piekarniku, a do tego pieczone ziemniaczki i surówka z selera. Było bardzo smacznie, a niedziela minęła nam w rodzinnej atmosferze. Ja co prawda nosa z domu nie wychyliłam, za to dużo czasu spędziłam w kuchni - już wczoraj miałam upiec szarlotkę,za którą szczególnie przepada mój mąż, ale zapomniał kupić jabłka. Wczoraj więc było ciasto jogurtowe - cytrynowe. Tak mu jednak chodziła ta szarlotka po głowie, że rano zabrał dzieciaki i ruszył po jabłka. Potworki oczywiście zachwycone, bo mogły maszerować ze swoimi małymi parasolami. Szarlotka wyszła przepyszna. Szczerze mówiąc niewiele jej już zostało i nawet Soniaczek skosztowała :) Po  obiadku zostałam z dziewczynami w domu, a Borys z tatą pojechali na przejażdżkę (takie tam męskie sprawy). Ponieważ Kalina poszła na swoją popołudniową drzemką dość późno, to obudziła się , a właściwie ja ją obudziłam dopiero po piątej... to bardzo późno i dlatego pozwoliłam dzieciakom po kąpaniu pobawić się trochę dłużej niż zwykle. Postanowili pobawić się w gotowanie, niestety... tłukli się bardzo garami i obudzili śpiącą już Sonię. Szybko więc wylądowali w łóżkach... Uff, a jutro znowu poniedziałek, mam nadzieję, że słoneczny :)



piątek, 4 kwietnia 2014

Co nieco o dobrych radach

Świeżo upieczeni rodzice dostają masę dobrych rad od wszystkich dookoła - mamy, teściowej, cioć, przyjaciółek, koleżanek i znajomych. Czasem zupełnie obcy ludzie potrafią to robić. Sama nie jestem wyjątkiem, i jako "doświadczona" mama trójki dobrych rad udzielam. Pamiętam jednak, jak mnie często te przecież nie złośliwe komentarze denerwowały. Myślałam: Przecież sama wiem najlepiej co mam robić, poradzę sobie z własnym dzieckiem.
Mamę mogłam szybko skontrować, kiedy próbowała nie tylko uczyć mnie zajmowania się dzieckiem, ale sama wprowadzać swoje pomysły w życie. Moja odpowiedź, która zawsze skutkowała to: Wychowałaś już trójkę dzieci, teraz pozwól mi wychować swoje. Najczęściej reakcja była zadowalająca, mogłam spokojnie robić swoje. Oczywiście były i są rzeczy, których moja mama nie odpuszcza nigdy, np. czapka, która musi być zawsze na uszach - nawet wtedy, kiedy ja uważam, że niekoniecznie jest potrzebna. Mama jest po prostu na tym punkcie uczulona i czapeczki na uszkach moich potworków przeważnie są. Już z tym nie walczę. Nie wiem czy miało to jakieś znaczenie, ale trzeba jednak przyznać, że nigdy moje dzieci nie miały problemów zdrowotnych z uszami. Drugą sprawą, której pilnuje mama to kapcie na małych stópkach. No i znów - dla mnie nie jest problemem, kiedy dzieciaki biegają w skarpetkach lub na boso - sama często chodzę bez kapci. Ale babci od razu zapala się w głowie czerwona lampka i goni te moje potworki do ubierania kapciuszków. Oczywiście mnie też się obrywa, kiedy dzieciaki są na bosaka. A niech jeszcze złapią katar - od razu słyszę, że to przeze mnie bo nie pilnuję kapciuszków.
Coraz rzadziej słyszę dobre rady od obcych mi osób, ale był taki okres, że starsze panie namiętnie zaczepiały mnie na ulicy lub w sklepie. Zdarzyła się nawet taka sytuacja, kiedy pewna pani założyła mojemu dziecku jadącemu w wózku skarpetki, które cały czas spadały. Ja już dałam spokój, bo musiałabym je zakładać co 2 minuty :)
Koleżanki raczej nie porywały się na udzielnie mi rad, bo byłam w zasadzie pierwszą mamą w towarzystwie. Teraz zdarza mi się udzielać rad, mam nadzieję, że robię to niezbyt natrętnie. Zdarza się też, że ktoś zwraca się o radę do mnie. Zabawna sytuacja spotkała mnie kiedyś w sklepie. Mierzyłam w przymierzalni część bielizny zwaną stanikami (dobieranymi przez panią, która się tym zajmuje), kiedy zadzwoniła do mnie znajoma mama z pytaniem - co robić w przypadku biegunki. Oczywiście przekazałam jej całą moją wiedzę jaką na ten temat posiadałam, a kiedy skończyłam rozmawiać, pani ekspedientka spytała czy jestem lekarzem. Odpowiedź była taka oczywista - nie, jestem mamą :)




środa, 2 kwietnia 2014

Taki ważny dzień

Dzisiaj światowy dzień książki dla dzieci. Oprócz tego również Światowy dzień Autyzmu i rocznica śmierci papieża Jana Pawła II. Trzy takie ważne dni.
Ponieważ nie mam żadnego doświadczenia z autyzmem, również mało wiedzy na ten temat, napiszę tylko jak wielkim szacunkiem darzę rodziców dzieci, których ta choroba dotknęła. Myślę, że rodzic dziecka bez autyzmu, nie jest w stanie pojąć jak wielki to trud i jak bardzo trzeba zmienić swoje życie, swój sposób myślenia i pogodzić się z myślą o inności naszego dziecka. Tym bardziej czuję wielki podziw.
Papież to człowiek, który połączył serca Polaków - za życia i po śmierci. Dokładnie pamiętam ten wieczór, kiedy odszedł, choć nie był jakiś szczególny. To był smutny czas, który zjednoczył Polaków - zaczęli nazywać się pokoleniem Jana Pawła II. Teraz z perspektywy czasu widzę, że nasz naród lubi takie zrywy pod wpływem emocji, pod wpływem takich wielkich wydarzeń. Nie do końca przekłada się to na codzienność, na rzeczywistość, która następuje potem. Ale na pewno ślad zostaje w każdym z nas, a to bardzo ważne.
I ostatnie święto - nawet nie wiedziałam do dzisiaj, że jest taki dzień, jak Dzień książki dla dzieci. Od razu na myśl mi przyszła moja pierwsza książka, która do dzisiaj darzę sentymentem. Jest to książeczka pt. "Karolcia" Marii Kruger. Cudowna ciepła opowieść o dziewczynce, która znajduje niebieski koralik i dzięki niemu przeżywa masę niesamowitych przygód i poznaje różne dziwne postaci. Tą książeczkę przeczytałam jako dziecko wiele razy i mam nadzieję, że moim dzieciom też się spodoba.