piątek, 31 stycznia 2014

Czy jesteś SUPER MAMĄ?

Wszyscy znamy te super perfekcyjne mamy, które ostatnimi czasy namiętnie pojawiają się w mediach. Piękne, w ciąży nie tyją prawie wcale - rośnie im tylko brzuszek, a po porodzie w dwa tygodnie wracają do swojej wagi. Paradują cały czas w szpilkach, tak jakby obce im były spuchnięte stopy i ból w dolnej części kręgosłupa. Rodzą w prywatnych klinikach, mając do dyspozycji prywatne pokoje a partner towarzyszy im 24 godziny na dobę. Po porodzie wyglądają od razu niemalże perfekcyjnie i delektują się słodkim macierzyństwem bez żadnych wad. Oczywiście porodu bez bólu nikt Ci nie jest w stanie zagwarantować, ale już obecność położnej, która będzie tylko do Twojej dyspozycji, będzie głaskać Cię po ręce i masować Ci krzyże na zmianę z mężem można spokojnie załatwić. Po porodzie dzieciątko oddajemy w ręce niani, a same wypoczywamy po trudach i znojach ciężkiego porodu. Kiedy odeśpimy, odpoczniemy i obudzą się w nas uczucia macierzyńskie słodki bobasek bez problemu złapie sutek, z którego popłynie smaczne i pożywne mleczko, a brodawki będą w świetnym stanie, przecież taki uroczy maluszek nie jest w stanie swojej mamie zrobić jakiejkolwiek krzywdy. Zapominamy, że istnieją takie przeszkody jak żółtaczka, źle gojąca się rana, nawał pokarmu czy zapalenie piersi. Dla super mamy one nie istnieją - ba, co więcej ona jest w stanie je wyeliminować, zanim się jeszcze pojawią. Pupa niemowlaka niestety się sama nie przewinie, ale co tam, mama może się czasem poświęcić (byle nie za często, ale przecież super dziecku biegunki się nie zdarzają). Kiedy w końcu mama wraca do świata, jest świeża, wypoczęta (bo dziecko przesypia noce a i w dzień robi sobie 3-godzinne drzemki) i nic nie zaprząta jej głowy prócz pięknego uczucia bycia mamą (przecież zadbała o każdy szczegół jeszcze przed rozwiązaniem). Na spacery wyjeżdża kosmicznym wózkiem, który praktycznie sam się prowadzi, stąpając oczywiście na obcasach. Nieobce jej są wyjścia samej lub z przyjaciółkami tudzież partnerem - w końcu nie można zdziczeć w domu. Przy dziecku jest tyle pracy, trzeba odsapnąć, odstresować się i zrelaksować. No a za trzy tygodnie powrót do pracy, którą nasza mama tak kocha, że żyć bez niej nie może. Dzidziuś przecież nie może jej ograniczać, zresztą to nie ten typ, który siedzi w domu z dzieckiem. Na co komu roczny urlop macierzyński?
I teraz, żeby nie ciągnąć tej pisaniny w nieskończoność zastanawiam się jak spuentować te moje wypociny... Chyba mogę napisać tylko tyle, że nawet jeżeli z pozoru wydaje nam się, że ktoś ma idealne życie, to tak naprawdę nie wchodząc w jego skórę nie powinniśmy go z góry osądzać. Mam mieszane uczucia co do super - mam (wiem, trochę przekolorowałam ich obraz), których pełno jest obecnie w mediach. Z jednej strony im zazdrościmy, że mają możliwości (np. lepszej opieki lekarskiej, szybko wracają do formy, szybko wracają do pracy) a z drugiej patrzymy z politowaniem, że nie mają pojęcia co tak naprawdę znaczy być Mamą. Czy takie mamy, które mają ścieżkę macierzyństwa usłaną różami istnieją naprawdę? I właściwie po co być super perfekcyjną mamą, skoro i tak najważniejszą rzeczą jaką możemy dać naszemu dziecko jest nasz czas, nasze opieka i nasza miłość?


czwartek, 30 stycznia 2014

Wizyta w bibliotece - nasze książkowe wybory

Wczoraj zaliczyliśmy kolejny raz wizytę w bibliotece. Moje dzieci uwielbiają tam chodzić i wybierać nowe czytadełka. Ostatnio wcale nie kupuję książeczek, tylko wymieniamy co jakiś czas te wypożyczone. Oczywiście zawsze jest problem jaką wybrać. Każde z dzieci może wybrać max. 5 książeczek - ale często bierzemy jedną lub dwie więcej, nie ma wielkiego rygoru. Część wybieram dla nich ja ale najczęściej sami biorą te, które są dla nich najbardziej interesujące.Tym razem dzieciaki dostały też od miłej Pani Bibliotekarki po zakładce do książek, z których są bardzo dumni. A to co wybraliśmy:
Borys - jako, że fascynacja diznozaurami tudzież dzikimi zwierzętami nie opada, mamy takie oto pozycje (znalazło się też coś związanego z motoryzacją - a jakże :)):
 Kalinka postawiła na bardziej dziewczęcą lekturę, czyli księżniczki, króliczki i kotki (w jednej książeczce była jeszcze różdżka, ale nie mogłam jej znaleźć podczas robienia zdjęcia).
 A takie książeczki wybrała mama. Super - Charlie (czytałam recenzję na którymś blogu, już pamiętam na jakim, ale bardzo mnie zaciekawiła, dlatego nie zastanawiałam się jak ją zobaczyłam). Poczytaj mi mamo - zbiór bajeczek z mojego dzieciństwa, które już zyskały sympatię Boryska. Oraz O Melanii, Melchiorze i Panu Przypadku - jeszcze nie czytana, ale zapowiada się ciekawie :)




środa, 29 stycznia 2014

Co wkurza młodą mamę

Dzisiaj słów kilka o tym co wkurza matkę. Notka pisana z subiektywnego punktu widzenia.
1. 9 miesiąc ciąży - o ile każdy inny miesiąc ciąży był dla mnie ok, tak w każdej (a było ich trzy) ten ostatni miesiąc był dla mnie niesamowicie uciążliwy. Brzuch wielki, opadnięty, buty ciężko założyć, paznokci u stóp nie da się obciąć, golenie w widomych miejscach na oślep - normalnie strach w oczach. W pierwszej ciąży to mogłam przynajmniej odpoczywać wedle rad wszystkich dookoła - wyśpij się, bo potem nie będzie tak kolorowo. Tak jakby dało się wyspać na zapas... W kolejnych ciążach oprócz ubierania sobie butów musiałam ubierać jeszcze maluchy...
2. Odziedziczone ubrania. Na to nie można narzekać - chyba każdy cieszy się, że dostaje dla malucha niezniszczone, ładne ubranka i sprzęty, za które nie trzeba niepotrzebnie wydawać pieniędzy. W moim przypadku było tych ubranek tyle, że nie musiałam praktycznie kompletnie nic kupować przez pierwszy rok dziecka. No i tu jest pies pogrzebany. No bo każda mama chce sama wybrać chociaż część garderoby swojego dziecka, wybierać, przebierać, decydować. A tu nam tą dziką radość ktoś zabiera - nie dałam się, i tak trochę kupiłam (ale nie tyle ile bym chciała)
3. Dobre rady. Mówię o takich, o które nie prosisz. Każda mama zna to z autopsji. Królowymi dobrych rad są nasze własne matki i teściowe. Przy czym nierzadko rady tych dwóch osób się wzajemnie wykluczają. Włóż czapeczkę bo go przewieje. Ściągnij czapeczkę, bo go przegrzejesz, to gorsze od przewiania... Komu wierzyć? Najlepiej swojej własnej matczynej intuicji.
4. Perfekcyjne młode mamy. Oj znamy takie, co to mają miesiąc po porodzie 2 kilo mniej niż przed, włosy, jakby u fryzjera były dwa dni po porodzie, dziecko ubrane w nowe markowe ciuchy (podczas gdy nasze w znoszonych po kuzynie) jedzie w nowoczesnym kosmicznym wózku, a w wieku 3 miesięcy przesypia całe noce (a nasze budzi się trzy razy na godzinne karmienia). Musi, no musi być gdzieś jakiś haczyk :)
4. Samochody zastawiające chodnik. Nie jestem święta - sama nieraz stawiam w centrum samochód na chodniku, ale zawsze sprawdzam, czy jest miejsce na przejazd wózkiem. Kiedyś przydarzyła mi się taka sytuacja, że kobitka akurat zaparkowała kiedy ja szłam chodnikiem - zostawiła wąskie przejście, więc zwróciłam jej uwagę. Usłyszałam, że ona tylko na chwilkę do sklepu i pobiegła... Ja chcąc nie chcąc musiałam zjechać na ulicę, żeby przejść dalej. Wkurza, oj wkurza...
5. Pytania typu: "siedzi już?", "gada już coś?", "kiedy on wreszcie zacznie raczkować?" - również przodowniczkami w tych pytaniach są nasze kochane mamusie. Oczywiście nie dociera do nich, że nie mamy na to wpływu i że każde dziecko rozwija się w swoim własnym tempie. Nie... my po raz setny musimy odpowiadać na pytanie, najczęściej zadawane na początku rozmowy - jak tam mój maluszek, ruszył się już?
6. Naciski typu: skończyłabyś już to karmienie piersią, to się robi niesmaczne (to nie mój przykład, bo sama karmiłam do około pół roku każde dziecko, ale z tego co wiem, to częsty tekst do matek karmiących nieco dłużej). Daj mu już tą marchewkę. Najwyższy czas ściągnąć tego pampersa. Taki duży i jeszcze ze smokiem? Tak jakby matka nie wiedziała, kiedy powinna dziecku wprowadzać jakiekolwiek zmiany. Jeśli tak by było, myślę że zapytałaby kompetentnej osoby, czyli innej zaufanej mamy :)
7. Aluzje dotyczące wybranego imienia. Kiedy oznajmiliśmy rodzinie, że będzie Borys miny praktycznie każdej osoby wyrażały delikatnie mówiąc sceptycyzm. Teściowa stwierdziła, że nie ma takiego świętego (przy czym sama imienia po świętej nie miała) - wujek Google jednak pokazał, że był Św. Borys - biskup, tyle że nie w Polsce. Inni mówili, że jak dla psa - odpowiadaliśmy, że mąż miał psa Agę - a wiele dziewczynek ma tak na imię. Kiedy byliśmy na pierwszym szczepieniu pani zapytała jak będziemy na niego wołać? Mąż odpowiedział przewrotnie - Jelcynek :D. Generalnie imię, które nam się podobało nie wzbudziło ogólnych zachwytów. Teraz za to nikt nie wyobraża sobie, żeby Borysek miał inaczej na imię.
Takich rzeczy, które doprowadzają nas - Młode mamy do szału jest wiele, ciekawa jestem co było i jest dla Was najbardziej wkurzające?
A na zdjęciach chwile białego szału po powrocie z przedszkola :)


wtorek, 28 stycznia 2014

Prawdziwe zdjęcia

Teraz jest taki okres, że zdjęcia można zrobić wszędzie i praktycznie każdym urządzeniem. Takie czasy, postęp cywilizacyjny i niesamowity rozwój techniki daje nam te niezliczone możliwości. Dostajemy do ręki narzędzia, o jakich naszym rodzicom nawet się nie śniło. Dla nas to codzienność, dla nich - nierzadko czarna magia. Dlatego starsi ludzie tak często podkreślają wagę prawdziwych fotografii - takich wywołanych na papierze. Moja mama potrafi zrobić zdjęcia aparatem cyfrowym, niedawno taki sobie kupiła, ale pewnie nawet ich nie ogląda, domaga się za to wywoływania zdjęć, żeby schować je do albumu. Przyznam się, że sama mam do takich fotografii słabość. Kiedy byłam mała uwielbiałam oglądać stare albumy, pełne czarno - białych jeszcze zdjęć, pytać rodziców kto jest na danym obrazku...Troszkę za tym tęsknię, bo choć teraz nadal można zdjęcia wywołać, to osobiście robię to rzadko. Doceniam jednak te możliwości, które daje nam współczesna technologia i dzisiaj trochę o połączeniu tych dwóch aspektów.
Jakiś czas temu dostałam możliwość skorzystania z aplikacji do wywoływania zdjęć - pstrykamy.pl. Jest to program, dzięki któremu możemy wywołać swoje zdjęcia zrobione aparatem w smartfonie bez konieczności przenoszenia ich na inny nośnik. Powiem szczerze, że dla mnie to super rozwiązanie, bo zdjęcia telefonem robię często i często nie są one dobre jakościowo, ale zdarzają się perełki, które gdzieś tam w otchłani telefonu giną zapomniane. Ja mam w ogóle duży bałagan w zdjęciach, na komputerze brakuje mi wiecznie miejsca, są więc zapisane również na kartach sd, płytach, na picassie i właśnie na telefonie. Istny rozgardiasz. Skorzystałam więc z aplikacji pstrykamy.pl (na razie oferują wywołanie zdjęć zapisanych na telefonie, ale trwają pracę aby można było wywołać jednocześnie fotki ze smartfona i komputera) . Cały proces jest mało skomplikowany - ściągamy darmową aplikację, rejestrujemy się, wybieramy zdjęcia, które chcemy wydrukować, robimy przelew i czekamy na dostawę do domu. Od momentu zamówienia do momentu dostawy minęło około tygodnia, więc w miarę szybko, choć nie powalająco szybko ;) Zdjęcia są dobre jakościowo, wydrukowane na śliskim papierze i najważniejsze - nie musiałam się nawet ruszać z domu. Pozostaje jeszcze kwestia ceny - poniżej zdjęcie, które mówi samo za siebie:
A moje dzieciaki bardzo ucieszyły się z wydrukowanych fotek. Każdy wybierał swoje :), musiałam też obiecać, że kupię im ramki, żeby mogli powiesić zdjęcia w swoich pokojach.


Przy okazji na blogu blog pstrykamy.pl można znaleźć odnośnik do pobrania dobrego programu do obróbki zdjęć za darmo. Ja skorzystałam, może i Wy spróbujecie.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Pierwsze kroczki malucha

Po weekendzie spędzonym w domowych pieleszach wracam do codziennej rutyny. Starsze potwory poszły do przedszkola a mój najmłodszy potworek chyba przeżywa jakiś skos rozwojowy albo zęby jej idą, bo jest przyklejona do mojej ręki - ewentualnie może też być ręka babcina, ciocina, czyjakolwiek byleby na niej wisieć. A że wagę osiąga moje dziecko coraz wyższą, czekamy z utęsknieniem aż zacznie sama się poruszać na dwóch nóżkach. Tak wiem wiem, że wtedy dopiero się zacznie - przerabiałam to już - wszędzie będzie chciała wejść, wszystko złapać do rączki - oczy trzeba będzie mieć dookoła głowy. Ale mimo wszystko nie mogę się już doczekać, kiedy będzie mobilna :)
I tak pogłębiając temat, przypominam sobie jak pierwsze kroki stawiali Borys z Kalinką. On pierwszy krok zrobił niestety nie przy mnie a przy babci, która się nim zajmowała gdy ja byłam w pracy. A było to kilka dni przed pierwszymi urodzinami. Kalinka z kolei była szybsza i pierwsze kroczki postawiła po skończeniu 10 miesiąca, dokładnie pamiętam ten moment. Byliśmy wtedy na wakacjach w Chorwacji i mieszkaliśmy w małym apartamencie, gdzie meble były blisko siebie, Kalinka więc puściła się szafki a chciała złapać za krzesło i pokonała te dwa kroczki, które dzieliły ją od celu :) Szybko zaczęła biegać i tak ma do dzisiaj - wszędzie biegiem, wszędzie szybko i nie patrzy pod nogi, czasem idzie do przodu a patrzy do tyłu, czego efektem są zderzenia ze ścianami, meblami i futrynami a konsekwencją liczne siniaki - również na twarzy.
Teraz czekamy na pierwsze kroczki Soni, ale nie wróżę żeby to szybko nastąpiło :) Może jednak moje dziecko mnie zaskoczy?
A kiedy Wasze dzieciaki zrobiły pierwsze kroczki? Pamiętacie te sytuacje i emocje? 





piątek, 24 stycznia 2014

Rodzicielskie grzechy i wizyta na pogotowiu

Każdy z nas - rodziców ma na pewno swoją osobistą listę błędów rodzicielskich. Nie mówię tu o błędach, które doprowadziły do jakiejś większej szkoda dla naszej pociechy (bo zakładam, że o takich nikt nie chce pamiętać), ale o takich, o których myślimy z rozczuleniem, ze śmiechem lub z niedowierzaniem (jak wogóle mogło mi coś takiego przyjść do głowy). Czasem podczas rozmowy ze znajomymi mamami zdarza mi się usłyszeć jakiś niezły kwiatek. Kiedyś koleżanka w poczekalni u lekarza opowiedziała mi jak razem z mężem dali synkowi żelki - ponieważ tak mu smakowały, że zjadł całą paczkę, postanowili dać mu jeszcze jedną i bardzo się cieszyli, że dzieciak tak się zajada. Niestety całą noc mieli nieprzespaną - po takiej ilości zżelowanego cukru i substancji chemicznych - całonocne rzyganko gwarantowane. Młodzi rodzice jednak tego nie przewidzieli - teraz wspominają tą swoją rodzicielską porażkę, czy też lepiej powiedzieć grzech, z uśmiechem i lekkim zażenowaniem :)
Nie ma ludzi idealnych, więc po spinać się i twierdzić, że zawsze wszystko robi się tak jak należy? Są tacy ludzie? Pewnie tak, ja na szczęście ich nie spotkałam, sama do ideałów nie należę i mam tylko nadzieję, że moje błędy są na tyle nieszkodliwe, że na psychice dzieci nie pozostaną trwałe blizny... 
Dzisiaj dzień pechowy, ale nie za sprawą moich błędów... Rano Borys obudził się zakatarzony i do przedszkola nie poszedł, a po południu z Kalinką wylądowałam na pogotowiu. Trochę spanikowałam, ale jak to mówią: lepiej dmuchać na zimne. Kalinka wyrżnęła podczas zabawy w róg ściany i na czole w ciągu 5 sekund pojawił się jej wypukły krwiak, takiego nigdy jeszcze nie widziałam... zanim dojechałam do szpitala i pan doktor nas przyjął (w sumie około 25 minut) guz zmalał i nie wyglądał już tak przerażająco. Zalecona obserwacja i Kalinka ma dzisiaj spać razem z nami. TO SUPER - będziemy chyba dziś spać w piątkę w jednym łóżku, bo Borys przychodzi do nas standardowo każdej nocy a Soniak też ma ostatnio gorsze spanie i nad ranem śpi już na mojej klacie. Życzcie powodzenia :)
Zielone usta są skutkiem malowania pisakiem po balonie, zrobionym przez przemiłą panią pielęgniarkę dla Kalinki z rękawiczek lateksowych (nie pytajcie o nic :D)
Dla przypomnienia jak Kalinka wygląda normalnie :)



czwartek, 23 stycznia 2014

Zaparcia nawykowe

To taki nieciekawy i niezbyt zajmujący temat, ale ponieważ mieliśmy kiedyś taki problem i sobie z nim poradziliśmy, to chciałabym krótko dzisiaj o tym napisać. Dlaczego? Bo wiem, że to nie rzadka sytuacja i sama szukałam różnych informacji w internecie i niestety nie znalazłam ich za wiele.
Problem z zaparciami dotyczył Borysa, który w wieku około 1,5 roku, może troszkę później zaczął mieć problemy ze zrobieniem kupki. Te problemy leżały najbardziej po stronie jego psychiki, o czym się później przekonałam. Wyglądało to naprawdę nieciekawie. W chwili, kiedy Borysek czuł, że chce mu się kupkę, biegł na nocnik, siadał i zaraz wstawał, biegał, kucał - robił wszystko, żeby to powstrzymać. Udawało mu się to na chwilę, bo za jakiś czas cały cyrk się powtarzał, a z każdy kolejny raz był dla niego coraz bardziej uciążliwym. W końcu udawało się dosłownie wycisnąć to co miał wycisnąć, przy mojej asyście, a często nawet z płaczem. Czasem próbowałam go przytrzymać nawet na tym nocniku na siłę, żeby nie biegał i nie wstrzymywał, ale kończyło się to tylko histerią i płaczem, więc nie miało to najmniejszego sensu. Po prostu czekałam i byłam koło niego kiedy udawało mu się z trudem wypróżnić. Czasem używałam czopków, ale nie chciałam tego robić za często, ponieważ czopki powodują rozleniwienie jelit i przy częstym używaniu mogą doprowadzić do sytuacji, że dziecko zupełnie nie będzie się mogło bez tego rozwiązania obejść. Były to więc sporadyczne przypadki.
Po wizycie u lekarza dowiedziałam się, że: jest to częsty problem, spowodowany prawdopodobnie tym, że kiedyś przy robieniu kupki syn odczuł ból - zapamiętał to i zaczął wstrzymywać, a to spowodowało błędne koło - więc znowu był narażony na ból... Zalecenia jakie dostaliśmy to bardzo dużo warzyw i owoców, ciemne pieczywo, dużo wody, mało cukrów - ta dieta nie bardzo nam wychodziła, ale starałam się jak mogłam. Myślę jednak, że najbardziej pomógł nam syrop Duphalec (jego odpowiednikiem jest też Lactulosum) - stosowany regularnie codziennie w przepisanej dawce. Pomału, pomalutku sytuacja zaczęła się normować a kupy przestały być dla nas problemem. Musiało jednak upłynąć sporo czasu, więc warto być dla dziecka cierpliwym i na niego się nie denerwować, bo wszystko siedzi w jego psychice, my jako rodzice musimy mu pomóc przez ten trudny czas przejść.
Dzisiaj temat kupy pojawia się u nas w innym kontekście - mianowicie - jak sprawić, żeby lądowała ona w kibelku a nie majteczkach Kalinki? Nigdy nie myślałam, że kupa będzie dla mnie tak ważnym tematem rozważań :D
Taki był wtedy mały...

środa, 22 stycznia 2014

Na wiecznej diecie :)

Przyznaję się. Jestem na wiecznej diecie. Tylko ta moja dieta to zbitek różnych diet w różnych okresach czasu, przerywanych moimi ciążami (wtedy wiadomo na diecie nie jest wskazane być) i jakimiś tam okresami bez diety (bardzo krótkimi naprawdę).
W dzieciństwie moja dieta była bardzo uboga w warzywa i owoce. Byłam niejadkiem identycznym jak mój Borys. Bałam się nowych smaków i nie chciałam jeść nic co mi się nie podobało, a nawet jak mi się podobało to miałam obawy. Z czasem jednak zaczęłam próbować coraz więcej rzeczy a w konsekwencji teraz jem wszystko. No prawie wszystko. W każdym razie nie boję się próbować a warzywa i owoce weszły na stałe do mojego jadłospisu.
W szkołach to ja się nie odchudzałam, o nie. Ani mi to w głowie było. Wręcz moje odżywianie było niezbyt zdrowe. Frytki - bardzo często, smażone na głębokim oleju i to nie porcja a cała miska, pizze na grubym cieście robione przez mamę, kiełbaski na gorąco i smażone kotlety schabowe - to były moje ulubione dania. W końcu zaczęło mi się robić troszkę ciasno w spodniach, spod bluzeczek zaczęły wychodzić tłuste fałdki i poczułam się źle w swoim ciele a to był pierwszy krok do zmian w moich nawykach żywieniowych.
No i zaczęłam oczywiście źle - ograniczyłam sobie jedzonko i to bardzo, schudłam dość szybko a potem szybko wróciłam i tak kilka razy. Najpierw swoją własną dietę sama sobie ułożyłam - trzy skromne posiłki dziennie, praktycznie zero węglowodanów i dużo warzyw. A do tego praca fizyczna w sklepie - byłam wyczerpana. Ale w tym czasie rzuciłam też palenie więc bardzo mi zależało żeby z tego tytułu nie zaprzepaścić diety.
Potem przez rok mieszkałam ze szwagierką, która tak jak ja, jest i była na wiecznej diecie i tak jak ja kocha lody i hamburgery :) I tak na zmianę lody z dietami się u nas przeplatały - suma sumarum nic nie spadło i na szczęście nic nie przybyło, a na ile to się odbiło na naszym zdrowiu - wolę chyba nie wiedzieć. Znalazłyśmy kiedyś taką dietę opartą na soku z żurawiny - nie pamiętam co tam jeszcze można było jeść, w każdym razie nagotowałyśmy cały gar zupy i po jednym dniu rzuciłyśmy się dosłownie na lodówkę. Taka sytuacja...
Przeszłam przez Dukana i miałam też krótki epizod z South Beach (nawet dwa podejścia, ale jakoś mi nie podpasowała) a teraz, kiedy zostało mi to ostatnie 5 kg próbuję diety Weight Watchers (Strażnicy Wagi), którą z powodzeniem stosowałam zanim zaszłam w ciążę z Sonią - mało popularna w Polsce ale za granicą bardzo. Troszkę zmieniłam zasady, bo ta dieta opiera się głównie na spotkaniach w grupie wsparcie a w Polsce Strażnicy Wagi nie funkcjonują, więc muszę jakoś obyć się bez spotkań, ale dieta jest zdrowa, pozwala na jedzenie wszystkich produktów i uczy dokonywania mądrych wyborów (np. cały brokuł zamiast dwóch plastrów sera żółtego).
Moja dieta jest o tyle dobra, że co jakiś czas odpuszczam i robię sobie święto, żeby nie zwariować i nie rzucić się na jedzenie. W końcu uwielbiam jeść dobre rzeczy i na pewno jeśli mam ochotę nie odmówię sobie kawałka pizzy czy porcji lodów. Grunt to znaleźć złoty środek :)
A na zdjęciu moje śniadanko :)


wtorek, 21 stycznia 2014

Czas na rybę

O zaletach ryb w odżywianiu nie muszę wspominać i zazwyczaj dzieci lubią ich smak. No właśnie - zazwyczaj. Jak jest u mnie? Owszem dzieci lubią rybę, ale w formie paluszków rybnych - czyli wiadomo ryby w rybie tam niewiele. Jeśli już im je podaję (a czasem podaję, bo lubią) to wybieram te dobre gatunkowo, gdzie jest jak najmniej składników sztucznych i podejrzanych. Najczęściej jednak kupuję rybę i sama ją smażę, obowiązkowo w panierce z bułki tartej :) Ja wiem, że niezdrowo i najlepiej to upiec w folii w piekarniku lub na parze, ale moje Potwory widzą dużą różnicę i preferują taką smażoną. Mając więc do wyboru nie zjedzenie ryby lub ryba smażona w panierce i zjedzona ze smakiem - wybieram to drugie.
Chciałam jednak zaproponować dzieciom rybę w innej formie - nie na obiad, a na kolację lub śniadanko. I oto firma Graal wypuściła ostatnio na rynek ryby w puszce specjalnie dla dzieci - o smaku ketchupu lub pizzy, bez ości, skład niezły - prawie wcale nie ma chemii  i wydawałoby się, że idealnie powinny spełniać swoje zadanie i dzieciom posmakować. Postanowiłam więc wypróbować te smaki z nadzieją, że dzieci będą rybkę spożywać z chlebkiem. Nawet chciałam je skusić gwiezdnymi kanapeczkami. Niestety moje dzieci jakieś oporne na te rybne przysmaki, chociaż naprawdę były bardzo smaczne (w końcu sama je skonsumowałam...) i generalnie powinny dzieciom smakować. No cóż - moje Potwory oporne są na wszelkiego rodzaju nowości, Kalinka mniej niż Borys, ale ostatnio zrobiła się straszną papużką i powtarza każdy jego ruch, więc zakładam, że w tym wypadku też spapugowała.
Mogę więc polecić rybki w puszce dzieciakom, które nie są oporne na próbowanie nowych smaków i takim, których nowe smaki nie odstraszają - moje niestety do takich nie należą. Szkoda...myślałam, że jakiś nowy produkt do naszych śniadań - kolacji wprowadzimy.


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rzeczy, o których w dzieciństwie nawet nie śniłam

Wczoraj były wspominki z dzieciństwa, a dzisiaj naszła mnie na taka myśl, żeby spisać rzeczy o których mogliśmy w dzieciństwie tylko pomarzyć. Ba! Nawet nam do głowy nie przyszło, że coś takiego może kiedyś istnieć. Kategorie zaczerpnę z poprzedniego posta, bo myślę że są dobrze skonstruowane.

1. Smaki ze sklepu
- Jajko niespodzianka - w dzieciństwie zwykły wafelek to był rarytas, a co dopiero zabawka schowana w czekoladzie :D
fot. źródło: bdsklep.pl

- chipsy - owszem były prażynki i ryż preparowany, ale chipsy o smaku ketchupu zwinięte w kształt spiralki - o tym nawet nam się nie śniło
fot. źródło: magicsport.pl
2. Smaki domowe- wiele oczywistych rzeczy przychodzi mi do głowy, bo dużo produktów było wtedy trudno dostępnych, ale to co teraz jest, a kiedyś mogliśmy tylko o tym pomarzyć to:
- owoce tropikalne - owszem owoce sezonowe można było dostać, ale o takiego arbuza albo ananasa nie było łatwo...
fot. źródło: fit.pl

3.Zabawki i gadżety
- wszelkie gry typu PSP czy Wii - myślę, że ja jako dziecko patrzyłabym na taki wynalazek z otwartą buzią :D
fot. źródło: playstation.com
- zabawki interaktywne typu: krzesełko uczydełko czy szczeniaczek uczniaczek :) Teraz jest w czym wybierać - obawiam się, że w czasie mojego dzieciństwa takich cudów na rynku nie było (nie wspominając o tym, że o zabawki jakiekolwiek było ciężko)
fot. źródło: zabawki-fisherprice.pl

-lalka Barbie - w końcu doczekałam się swojej, ale to było dużo później niż w dzisiejszych czasach (moja dwuletnia Kalinka ma obecnie już dwie Barbie)
fot. źródło: shop.mattel.com

4. Gry i zabawy
- jazda na kładach - no ja wiem, że to zabawa dla starszych dzieciaków, ale tatusiowie już małym szkrabom pokazuję tą frajdę i są też małe kłady dla kilkulatków.
fot. źródło: zabawkiph.pl

5. Bajki - trzeba zacząć od tego, że kiedyś była to dobranocka - 30 minut dziennie przed dziennikiem, a dziś prawie w każdym domu jest przynajmniej jeden kanał nadający przez cały dzień bajki. Totalną abstrakcją jest dla mnie Spongebob Kanciastoporty (ufff napisałam to :D), pomimo tego, że darzę go ogromną sympatią :)
fot. źródło: spongebobkanciastoporty.pl


Może i Wy pokusicie się o taki subiektywny przegląd dzisiejszych rzeczy, z których w dzieciństwie mielibyśmy niezłą frajdę :)

niedziela, 19 stycznia 2014

Blogowe wspominki z dzieciństwa

Kilka dni temu natknęłam się na post u pomieszane-z-poplatanym , w którym jego autorka Aga zaproponowała zabawę we wspominki z dzieciństwa. Postanowiłam się włączyć i oto co z tego powstało. Kategorie zaproponowane przez Agę, żeby było czytelniej i bardziej przejrzyście :) Zapraszam i Was do wspólnej zabawy i wspomnień.
1. Smaki ze sklepu
Pamiętam jak dziś napój Kaskada - w dużych butelkach, które potem można było zwrócić. Pamiętam, że kiedyś z tych butelek, których niezły składzik zebrał się na strychu, uzbierałam na nowe puzzle. Kursowałam z reklamówkami do sklepu dobrych kilka razy, ale na koniec była nagroda :) Dziś dzieci chyba nie mają takiego zapału...

fot. źródło: wykop.pl
Gumy kulki - niezapomniane, ale do teraz nie mam pojęcia co w nich było takiego niesamowitego...
fot. źródło: gumyizelki.plPtysie - uwielbiałam i nadal uwielbiam, ale mam wrażenie że teraz to nie to samo :)
fot. źródło: doradcasmaku.pl2. Domowe smaki
Nie wiem dlaczego, ale w moich wspomnieniach dominują raczej niezdrowe smaki. Nawet ostatnio zastanawiałam się, jak dawniej mogłam jeść chleb umoczony w tłuszczu wytopionym z boczku... teraz za nic bym się do tego nie posunęła. Ale wspominam ten smak jako bardzo kuszący :)
Drugim niezdrowym jedzonkiem, które mi na myśl przychodzi, to cebula - najzwyklejsza biała cebula, pokrojona w piórka i uduszona na tłuszczu. Z chlebem i nic więcej. Cała rodzina się tym daniem zajadała (i to najczęściej na kolację)
I na odmianę coś słodkiego, coś czego teraz też bym pewnie nie próbowała a mianowicie chleb z truskawkami i cukrem. O ile truskawki z cukrem mają dla mnie jakiś sens, to kładzenie ich na chlebie nie jest teraz dla mnie zachęcającym połączeniem. A wtedy było - wcinałam aż miło :)
3. Zabawki i gadżety
Gra w łapanie jajek. Serio nie pamiętam jak się ta gra nazywała (chyba po prostu gra w jajeczka?) ale trzeba było na tyle szybko przyciskać przyciski, żeby nie zbić żadnego jajeczka. Kultowa jak dla mnie
 fot. źródło: fejsik.pl
Gra w Eurobiznes - teraz też pewnie miałabym z tego niezłą frajdę :)
fot. źródło: wysylkowo.pl4.Zabawy
Gra w gumę - u mnie lub u koleżanek na podwórku. Na szkolnym boisku na przerwie. Bardzo często, ale dziś nie potrafiłabym przypomnieć sobie "zasad".
Budowanie zamku z piasku - mieliśmy piaskownicę na podwórku, więc budowle - zamki z piasku z wieżami i fosami to stała wakacyjna zabawa z kuzynostwem :) wspominam do dziś :)
Przebieranki w ubrania mamy i malowanie się jej kosmetykami - jak tylko udało się do nich dorwać, wspaniała zabawa.
5. Bajki
Gumisie, Smurfy, Bałwanek Bouli Bouli - nie ma się co rozpisywać, było tych bajek o więcej (choć nie tyle co dziś...) ale te najbardziej lubiłam oglądać.
fot. źródło: gumisie.comuv.com/
fot. źródło: visiblemeasures.com
fot. źródło: bajkionline.net




sobota, 18 stycznia 2014

Manipulacja

Natknęłam się dzisiaj na artykuł dotyczący zdjęcia. Zdjęcia chłopca między dwoma kopcami, które krąży po internecie z opisem - syryjski chłopiec śpiący między grobami swoich rodziców. Prawda jest zupełnie inna, fotograf nawet próbował sprostować to niedopowiedzenie, ale internet jest bezlitosny. Na zdjęciu znajduje się siostrzeniec fotografa, który zaangażował go do swojej artystycznej wizji. W artykule nie jest w końcu wyjaśnione "co autor miał na myśli", jednak zdjęcie musiało wiele osób wzruszyć, poruszyć i dać do myślenia. I to też nasuwa mi myśl o tym, jak my - rodzice możemy zostać łatwo zmanipulowani, tylko dlatego, że jesteśmy rodzicami.
Sama po sobie widzę, jak bardzo moje postrzeganie rzeczywistości zmieniło się po urodzeniu dzieci. Jak bardzo zmienił się mój światopogląd i priorytety. Teraz na wiele rzeczy, spraw patrzę przez pryzmat bycia rodzicem i wiele sytuacji pod tym kątem oceniam. Jestem więc idealnym kandydatem do zmanipulowania. Wystarczy zagrać na moich rodzicielskich uczuciach, wystarczy poruszyć emocje, wystarczy powiedzieć mi, że coś zapewni bezpieczeństwo mojemu dziecko a ja przynajmniej zastanowię się, co to jest i czy aby ja i moja rodzina tego nie potrzebujemy. Jaką mają potrzebę rodzice? Zapewnienie dziecku wszystkiego co najlepsze, niekoniecznie i nie tylko wszystkiego co niezbędne. Niejednokrotnie pewnie nie tylko ja i wiele z Was dało się skusić na coś, po co w życiu byście nie sięgnęli, tylko dlatego, że ktoś, coś, gdzieś usłyszeliście, że będzie to dobre - bezpieczne - niezbędne dla Twojego dziecka. Jakże łatwo można w nas wzbudzić poczucie winy - przecież jako rodzice powinniśmy zapewnić naszym dzieciom wszystko czego potrzebują.
Jak bardzo jesteśmy manipulowani? Myślę, że każda reklama, którą oglądamy, każde pismo reklamowe, który czytamy, czy każda rozmowa z telemarketerem, którą wykonujemy może wpływać na nas i tylko my sami musimy zachować na tyle zdrowego rozsądku, żeby odróżnić to nad czym warto na chwilę przystanąć i się zastanowić, na co warto wydać pieniądze (na które tak ciężko przecież pracujemy) a co jest zupełnie tego nie warte, a tylko przedstawiane nam jako rodzicom jako niezbędne dla naszych dzieci.
 

piątek, 17 stycznia 2014

Lazania domowa

Dzisiaj przepis na pyszną lazanię. Nie będę się rozpisywać - wiem, że niedawno pisałam o zdrowym stylu życia i o zdrowym odżywianiu, ale lazania to takie danie, na które można sobie raz czasem pozwolić, żeby zaspokoić swój apetyt na coś pysznego i wysokokalorycznego :). Poza tym domowa lazania wcale nie musi być niezdrowa - o ile wybierzemy dobre, sprawdzone produkty. Ten przepis dostałam dawno temu od koleżanki z pracy, przez lata został przeze mnie nieco zmodyfikowany.
Potrzebujemy:
paczkę makaronu do lazanii (zawsze wybieram takie, które nie potrzebują wcześniejszego gotowania)
ser żółty - najlepiej 2 lub 3 rodzaje (przeważnie daję goudę i mozarellę)

sos mięsny:
700 g mięsa mielonego (ja przeważnie biorę karkówkę lub łopatkę wieprzową)
2 puszki pomidorów całych bez skórki
przyprawy (bazylia, oregano, czosnek, tymianek, sól, pieprz)
oliwa z oliwek do smażenia

beszamel:
0,5 litra mleka
pół kostki masła
2 płaskie łyżki mąki
gałka muszkatołowa

Przygotowanie:
Na wysokiej patelni rozgrzewamy niewielką ilość oliwy z oliwek, wrzucamy cebulę pokrojoną w drobną kosteczkę a następnie mięso. Przesmażamy je, po czym zmniejszamy gaz i zalewamy mięso pomidorami z puszki. Przykrywamy pokrywką i dusimy około 1,5 godziny. Co jakiś czas mieszamy, rozgniatając pomidory. Kiedy sos będzie dość gęsty dodajemy przyprawy i czosnek przeciśnięty przez praskę. Sos mięsny mamy gotowy.

W ronddelku topimy masło, dodajemy mąkę, mieszamy energicznie, tak aby nie powstały grudki. Kiedy mąka połączy się z masłem dodajemy mleko. Gotujemy aż sos zgęstnieje, na koniec dodajemy gałkę muszkatołową (około pół opakowanie - ale ja zawsze wsypuję na oko. W każdym razie ma być sporo). Sos beszamelowy mamy gotowy.

Ser ścieramy na tarce, na dużych oczkach.

Przygotowujemy naczynie i nastawiamy piekarnik na 180 st. Naczynie żaroodporne lub blaszkę (ja używam tego drugiego) smarujemy beszamelem, na nim układamy plastry makaronu (mogą na siebie nieco zachodzić). Układamy warstwami: makaron - beszamel - sos mięsny - ser żółty, aż do wyczerpania zapasów (zazwyczaj wychodzą mi 3 warstwy). Na wierzchu powinien być sos mięsny a nim ser żółty z beszamelem.
Przykrywamy naczynie i wkładamy do piekarnika na około godzinę (w zależności od typu makaronu ten czas może się wydłużyć, trzeba sprawdzać widelcem nie jest twardawy). 15 minut przed końcem pieczenia odkrywamy pokrywkę, żeby ser ładnie się stopił. Gotowe :)
Smacznego :)







czwartek, 16 stycznia 2014

Urodzinowo

Jeszcze tak nie dawno byłam dziewczyną, która nawet nie myślała o dzieciach. Myślała raczej o nowych butach (chociaż akurat to się nie zmieniło...) i o tym gdzie będzie fajna impreza w najbliższy weekend. Wydaje mi się, że to było nie tak dawno temu... A jednak już 4 lata i 9 miesięcy minęło od chwili, kiedy pojawił się nasz pierwszy maluszek. Najpierw pojawił się oczywiście w formie fasolki, ale szybko sobie dojrzewał w moich brzuchu. Trochę w tym czasie mnie straszył, że chce już wychodzić, a przecież był jeszcze niedojrzały, ale w końcu posiedział do terminu, a nawet o dwa dni dłużej - tak mu się w jego ciepłym schronieniu podobało. Mama jednak już bardzo chciała mieć go po drugiej stronie brzucha, poskakała na gumowej piłce, pochodziła po schodach, jeszcze jakieś inne tajemne sposoby uskuteczniała i oto dnia 16 stycznia 2010 o 20:45 na świecie pojawiło się najpiękniejsze dziecko, jakie widzieliście (wiem, wiem, że każda mama tak mówi :)). Potomek ważył 3750 g i mierzył dumne 59 cm, dostał 10 punktów w skali Apgar. I naprawdę ciężko mi uwierzyć, że od tego momentu minęło 4 lata, że teraz Borys jest dużym przedszkolakiem, wielbicielem resoraków i dinozaurów, starszym bratem dla swoich dwóch siostrzyczek a przede wszystkim kochanym rezolutnym synkiem swoich rodziców.
Dzisiaj Borys zaniósł do przedszkola torbę cukierków, po przedszkolu odwiedzili go goście (oczywiście z prezentami :)), dmuchał świeczki na torcie (samodzielnie zrobionym przez mamę - wiem, że szału nie ma, ale mina mojego dziecka, kiedy go zobaczył bezcenna) a teraz nie może usnąć z nadmiaru emocji i cukru (a może przede wszystkim cukru). Na pytanie czy podobały mu się urodziny kiwa głową - podobały, a to najważniejsze :)
4 lata temu:







środa, 15 stycznia 2014

Rozbieranie choinki i liebster award

Dzisiaj nadszedł ten dzień, kiedy pożegnaliśmy nasze świąteczne drzewko. Właściwie jeszcze nie pożegnaliśmy, ale rozebrane jest i czeka na wyniesienie. Jak znam mojego męża to chwilę jeszcze poczeka. Igliwie ściele się gęsto naookoło, więc trzeba będzie odkurzacz uskutecznić. Straty w postaci jednej szklanej bombki i poplątanych przez Soniaczka łańcuchów. Potwory miały pomagać, ale na dobrych chęciach się skończyło, zajęły się zgoła innymi zajęciami typu rysowanie, bieganie, żebranie o pepsi, którą gdzieś tam w kącie zobaczyły. Na szczęście szybko poszło i nasza choinka obecnie wygląda tak - zaiste smutny widok - w niczym nie przypomina tego radosnego, kolorowego, świecącego drzewka, pod którym dzieciaki znalazły w wigilijną noc moc prezentów. Taka niestety kolej rzeczy i teraz choinka wrzucona zostanie do pieca aby ogrzać nas w zimowe wieczory i poranki :)

Bardzo mi miło, że zostałam nominowana do nagrody Liebster Award przez Mała i mama . Dziękuję i poniżej publikuję swoje odpowiedzi na pytania, swoją listę blogów, które nominuję do tej nagrody oraz swoje pytania, które chciałabym im zadać. Myślę, że to fajny sposób, żeby nowo powstałe blogi mogły zyskać nieco popularności oraz żeby dowiedzieć się czegoś o innych blogerkach.

1. Zaczynam dzień od ........... przytulenia się do któregoś z Potworów
2. Jak często robisz coś dla siebie?.......Codziennie :)
3. Jaki jest Twój ulubiony film?..........Nie ma jednego, ale bardzo lubię "Pamiętnik"
4. Co zmieniłabyś w swoim życiu?...............Kierunek studiów
5. Co daje Ci największą satysfakcję?............Widok moich dzieci - zdrowych i szczęśliwych
6. Mam słabość do ............ torebek
7. Jaki jest Twój wymarzony prezent? Obecnie dobry aparat fotograficzny
8. Co najbardziej drażni Cię u innych? Bezmyślność i kłótliwość
9. Twój największy sukces? Moje dzieci
10. Nie wychodzę z domu bez ..............komórki
11. Co jest dla Ciebie najważniejsze? Rodzina
 Moje pytania:
1. Jakie są Twoje ulubione perfumy?
2. Wolisz prysznic czy wannę?
3. Jak walczysz ze stresem?
4. Paski czy kropki?
5. Spod jakiego znaku zodiaku jesteś?
6. Ulubiona książka
7. Kim byłabyś na balu przebierańców?
8. Fast food czy slow food?
9. Najgłupsze co usłyszałaś na swój temat to....
10. Spódnica czy spodnie?
11. Określ siebie za pomocą trzech rzeczowników :)
Blogi, które nominuję to: