piątek, 28 lutego 2014

Malowane buzie :)

Dzisiaj dzień z serii: jesteśmy troszkę chorzy i wariujemy od siedzenia w domu. Wariacje od rana aż do wieczora. Wyciągamy po kolei zabawki, był dziś szpital dla misiów i lalek, było gotowanie w kuchni - wszystkie garnki i akcesoria kuchenne walające się po podłodze. Borys zaliczył fryzjera (takiego prawdziwego) a potem zahaczyliśmy o Lidla, żeby zrobić szybkie zakupy. Wpadły mi w oko kredki do malowania buzi, które kosztowały niewiele, a że już powoli kończą mi się pomysły na wymyślanie zabaw w czasie tego przymusowego siedzenia w domu, to pomyślałam, że takie kredki będą dobrym pomysłem. Nie myliłam się. Są miękkie, łatwo rysują po buzi dziecka, nie podrażniają skóry, łatwo dają się zmyć płynem  do demakijażu, olejkiem lub wodą z mydłem (tym ostatnim jednak troszkę trudniej). Zmalowaliśmy więc pieska, kotka, biedronkę, dodam tylko że niekoniecznie dające się jednoznacznie rozpoznać, ale liczy się radość tworzenia :D A potem była już tylko twórczość własna moich dzieci.





czwartek, 27 lutego 2014

Najbardziej denerwujące zachowania naszych dzieci

Dzisiaj będzie o tym, dlaczego nasze dzieci, które tak bardzo kochamy i życie byśmy za nie oddali, czasem doprowadzają nas do szewskiej pasji i jedynym rozwiązaniem, żeby się uspokoić jest wyjść do innego pomieszczenia albo lepiej całkiem z domu. Otóż w różnych etapach rozwoju i w różnym wieku te zachowania będą się diametralnie różnić między sobą. Zacznę więc od wieku noworodkowo - niemowlęcego.
- Nie śpi w dzień. A miało spać i jeść. No nie śpi. Za to w nocy śpi, ale oczywiście nie całą noc. Odespalibyśmy w dzień, ale nie da się.
- Nie lubi jeździć samochodem. A my chcieliśmy jechać na wycieczkę. Albo chociaż do sklepu. Nie da się. Nie lubi...
- Pluje jedzeniem. Tobie w twarz. I na dodatek śmieje się, jakby to był najlepszy dowcip na świecie. No cóż, za chwilę Ty też się śmiejesz, z twarzą całą w pomarańczowej papce.
- Przy zmianie pieluchy wierci się, przekręca, próbuje siadać. To co było w pieluszce, nagle znajduje się zupełnie gdzie indziej...
- Zaczyna przemieszczać się - czołgać, turlać, raczkować, stawać przy meblach i w końcu stawiać pierwsze kroki. To przyprawia Cię o ciągłe palpitacje serca - czy przypadkiem nie uderzy głową o coś - o podłogę, nogę od stołu, kant komody itp. itd.
Kiedy jest troszkę starsze zaczyna Cię denerwować jeszcze bardziej. Często z premedytacją.
- Nie chce jeść. Gotujesz pyszną zupkę, starasz się naprawdę żeby była nie tylko zdrowa ale też pyszna i co? Zaciśnięte usta. Nie wciśniesz za żadne skarby. Czasem może się udać przekupstwem.
- Na słodycze jest za to zawsze chętne - uwielbia chodzić z Tobą do sklepu, bo liczy, że coś wysępi. Choćby soczek.
- Ucieka przy próbach ubierania się. Gania na golasa po domu. Pal licho, jeśli to lato. W zimie rzucasz się za nim w pogoń, bo chłodno, zmarznie i przeziębienie gotowe. Jak już złapiesz to sama czynność ubierania też nie należy do najwygodniejszych - szczególnie jeśli Twój obiekt wije się jak złapany na wędkę węgorz. Oczywiście Tobie na złość. A kiedy uda mu się uwolnić śmieje się szyderczo.
-Kiedy nie widzisz wyciąga Twoją szminkę z torebki i maluje siebie i otoczenie. Szminka do śmieci, dziecko do zlewu a ściana do malowania.
- W sklepie na cały głos mówi, że chce mu się kupę. Co robić? Rzucać wszystko i lecieć do domu czy próbować zrobić szybko zakupy i liczyć że wytrzyma jeszcze dwie minutki?
- Robi na przekór - prosisz o jedno dostajesz coś zupełnie odwrotnego. Jeśli dziecko wyczai, że Ci na czymś zależy to jesteś na straconej pozycji... nie masz szans.
- Płacze i nie mówi - po co, w jakim celu, dlaczego. Nie dowiesz się. Jak się ewentualnie domyślisz i zapytasz, to łaskawie skinie głową. Należy przytulić, pocałować a najlepiej jedno i drugie.
Chcielibyście coś dodać od Siebie?


środa, 26 lutego 2014

Co moim dzieciom sprawa frajdę?

Wydawać by się mogło, że dzieciom powinniśmy zapewnić masą zabawek, sprzętów, bajerów i gadżetów, żeby były naprawdę uszczęśliwione. To chyba bardzo błędne myślenie i w głębi duszy chyba każdy rodzić o tym wie. Ostatnio zastanawiałam się co moim dzieciom sprawia największą frajdę i okazało się, że wcale nie są to zabawki, a przynajmniej nie tylko.
Najważniejsze co sprawia moim dzieciom radość to czas, który im poświęcamy. Ja, ich tata, babcia, dziadek, ciocie i każda bliska im osoba, z którą lubią spędzać ten czas. Być razem z nimi i aktywnie uczestniczyć w najprostszych zabawach, do których nawet nie potrzeba żadnych akcesoriów. A czasem tylko być obok i nawet nie ma potrzeby uczestniczyć w ich zajęciach. Nie obejmuje to oczywiście sytuacji typu - ja prasuję a dzieciak bawi się obok na dywanie :)
Frajdą jest, kiedy w niedzielę rozkładamy łóżko i znosimy swoje poduchy, koce, kołderki a potem lenimy się tam przez pół dnia. I kiedy czasami wieczorem pozwalamy im posiedzieć dłużej i nie odsyłamy do łóżek. Frajdą jest, kiedy tata udaje dzikiego zwierza i próbuje złapać uciekające Potworki. Oj, wtedy to są dzikie piski, uwierzcie mi. Frajda jest, kiedy razem próbujemy swoich sił w kuchni - pieczemy muffinki, ciasto albo babeczki. Dzieci mają jakieś swoje fartuszki i zawsze obowiązkowo muszą być ubrane, sami wybierają sprzęty kuchenne i aktywnie pomagają w wypiekach :) Czasem nawet uda się tak, że to co zrobimy jest zjadalne :) Frajda to spacery na plac zabaw, ale nie ten najbliższy tylko trochę dalej. Są tam huśtawki i inne niż na naszym placu zjeżdżalnie. Potwory są szczęśliwe, kiedy mogą odkrywać coś nowego, oglądać coś czego jeszcze nie wiedzieli - np. gdy przyniosę ze strychu swoją szkatułkę z moimi starami zdjęciami albo pudło z pochowanymi dawno zabawkami, którymi się już nie bawili.
Jest jeszcze tak wiele rzeczy, które sprawiają radość moim dzieciom, a które wcale nie są materialne. Wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że największa frajda jest właśnie z rzeczy czy raczej sytuacji niematerialnych, dla nas - dorosłych, naturalnych, a u maluchów wzbudzających taką prawdziwą szczerą radość, którą widać w uśmiechniętych oczach i słychać w głośnym śmiechu.





wtorek, 25 lutego 2014

Nocne pobudki

Co jakiś czas przychodzi do mnie taka oto myśl: KIEDY JA SIĘ WRESZCIE PORZĄDNIE WYŚPIĘ??? No cóż, od momentu kiedy urodziłam pierwsze dziecko, a nawet jeszcze wcześniej, bo w ostatnich miesiącach ciąży też, nie dane było mi przespać całej nocy, bez jednej pobudki... Na początku wiadomo, noworodek, niemowlaczek - karmienie, najpierw piersią potem butelką, potem owszem przestał jeść w nocy (około 7-8 miesiąca) ale zawsze coś mnie budziło. A to smoczek wypadł, a to katar, a to zasikana pielucha, a to mamo piciu, a to ząbkowanie... A jak nic akurat ze świata zewnętrznego mnie nie wyrwało z objęć Morfeusza, to sama z siebie się budziłam. Pewnie organizm mój stwierdził, że to nienaturalne żeby ani jednej pobudki przez całą noc nie było...
Jak już w miarę się ustabilizowało spanie mojego syna, to na świecie pojawiła się Kalinka i cały magiel przerobiłam od początku. I znowu, kiedy powoli moje sny zaczęły trwać coraz dłużej urodziła się Sonia. O ile jedno dziecko, które budzi Cię w nocy to nie jest jakiś wielki problem, to trójka może już doprowadzić Cię do krawędzi. W tym czasie, od urodzenia Borysa do teraz, były momenty spokoju (co oznacza jedną-dwie pobudki, których rano praktycznie nie pamiętam) oraz takie noce, które naprawdę dały się we znaki (jedno ząbkujące, popłakujące dziecko śpiące na mojej klacie, drugie wciskające mi łokcie pod żebra i głowę uparcie wpychające na moją poduszkę a trzecie drze się ze swojego pokoju, bo zapodział się smok...).
Nie raz obiecywałam sobie, że jak dzieciaki pójdą do przedszkola to położę się na chwilę z Sonią na małą drzemkę. Jakoś nie udaje mi się tych obietnic dotrzymać bo w dzień po prostu szkoda mi czasu na spanie, wolę go wykorzystać w inny sposób. Tym oto sposobem, ciągle zastanawiam się, czy przyjdzie w końcu taki dzień, a właściwie noc, kiedy spokojnie, bez żadnej pobudki, prześpię ją całą, a obudzi mnie nie dziecko a słońce, wpadające przez okno?? Na razie nie wróżę takiego scenariusza, ale może kiedyś się ziści :)

niedziela, 23 lutego 2014

Niedzielna wycieczka

Wstaliśmy dzisiaj wszyscy raniutko, bo o 6:30 - wszyscy, razem z Borysem, który lubi sobie pospać minimum do 8:00. Najpierw ułożyliśmy się na łóżku, oczywiście rodzice z nadzieją, że uda się jeszcze na chwilę przymknąć oko, ale szybko okazało się, że to złudne nadzieje. Po zbawiennej kawce szybko zdecydowaliśmy, że szkoda marnować tak wcześnie rozpoczęty dzień i że wybierzemy się na szybką wycieczkę. Jak na szybko, to wybór padł na Kraków. Zaliczyliśmy Rynek, Sukiennice i oczywiście karmienie gołębi. Obwarzanki - najlepsze krakowskie. Odwiedziliśmy też Smoka Wawelskiego, który nie wywarł jednak na moich dzieciach, takiego wrażenia jak okoliczne stragany z pamiątkami. A jakże - pamiątka musiała być, Borys chociaż wybrał smoka, ale Kalinka nie chciała nic poza różowym pluszowym konikiem. No cóż, dla niej słowo smok ma tylko jedno znaczenie (uspokajająco-usypiające). Soniak za to całą wycieczkę przespała w wózku :) Było słonecznie, było rodzinnie i na pewno nie było nudno - z trójką maluchów nie ma czegoś takiego jak nuda :D


sobota, 22 lutego 2014

Dinusiowo :)

Borys ma ostatnio bzika na punkcie dinozaurów, taki wiek chyba? Do niedawna miał bzika na punkcie postaci z bajki Auta. Wolę chyba dinozaury, choć język sobie już łamię na tych nazwach. Gwiazdka przyniosła piękny duży atlas dinozaurów, taki powiedziałabym dla starszych dzieciaków, ale od tej pory to ulubione czytadło mojego syna. Nie dość że sam ogląda i czyta po swojemu to każe mnie odczytywać nazwy, tłumaczenia nazw i opisy. Często zabiera do przedszkola. Jest delikatnie mówiąc zafascynowany. Jednak z ulubionych bajek to Epoka Lodowcowa - Era dinozaurów. Poza tym nieskończona ilość figurek dinuzaurowych, w tym jedna, która wydaje przeraźliwe dźwięki, świeci, chodzi - jednym słowem sieje postrach, ma nawet jaja z małymi dinozaurami w środku... Kubek z dinozaurami, kolorowanki, karty, naklejki, koszulki a dzisiaj dostał nawet szczoteczkę do zębów z dinozaurem. Ale przecież sam sobie tego wszystkiego nie kupił. Ba on nawet o to specjalnie nie prosił, to my i rodzinka tak go obdarowujemy. Za  każdym razem jest radość, ale podobnie się cieszy również z innych - nie dinozaurowych, prezentów. Ciekawe, czy jakby nie miał tych wszystkich bajerów, to też by miał na ich punkcie bzika? Czy Wasze dzieci też mają takie ukierunkowane zainteresowania?



piątek, 21 lutego 2014

Tańce Hulańce :)

Czy wasze dzieci lubią tańczyć? Moje uwielbiają :) nie tańczą oczywiście na okrągło, ale wystarczy mały bodziec a już ciało zaczyna się ruszać. Wyginam śmiało ciało - to ich motto. Ale nie tańczą przy wszystkim i przy byle czym. O nie, oni muszą poczuć te dzikie rytmy.
Style mają zgoła różne. Sonia musi w parze, nie ma opcji żeby dama zatańczyła sama, ale porwana w czyjeś czułe ramiona potrafi wczuć się w klimat. Kalinka za to woli solo, ewentualnie z lalą, czasem nie pogardzi żywym osobnikiem, ale tylko zaufanym. Obcy partner nie ma szans. Zresztą to wybredny przypadek jest, więc nigdy nie wiadomo co jej akurat w duszy gra. Przeważnie za to zatraca się w tańcu, poruszając się jednak w jednym kierunku (w kółeczko), co prowadzi niestety do zawrotów głowy. Borys skłania się ku technice breakdance, choć lubi też klasykę.W tym drugim przypadku głównym partnerem, który mu odpowiada jest mama. Często łączy oba style targając za moje ręce, skacząc tak, że nie mogę go utrzymać albo wykręcając się na wszystkie strony świata.
Hity które porywają moje dzieci na parkiet to  głównie najświeższe przeboje - potrafią nosem chyba wyczuć co będzie hitem w najbliższym czasie :) Ale także stare skoczne melodie, a przede wszystkim przeboje dziecięce są u nas zawsze na topie. Kaczuszki - zawsze i wszędzie. Na dodatek często podśpiewują sobie pod nosem (głównie Kalinka) - ostatnio usłyszałam "Ta Dorotka ta malusia, tańcowała, dokolusia, dokolusia tańcowała..." i w domu tego na pewno nie słyszała, bo nigdy nie leciało - znaczy przedszkole tak działa umuzykalniająco :)


środa, 19 lutego 2014

Sposoby na nakarmienie niemowlaka

Moja Sonia jest teraz na etapie jedzenie głównie łyżeczką, z tym, że ona je (oczywiście jak ma ochotę) a ja ją karmię. No i tu się zaczynają schody. Jej posiłki to kaszka, obiadek/zupka w formie papkowatej tudzież jakieś owocki słoiczkowe, czyli też papka. Jeśli macie małe dzieci to wiecie dobrze, że to istny wyczyn, tak nakarmić dziecko łyżeczką, żeby większość trafiła do brzuszka (w końcu na tym nam najbardziej zależy).
Jakie więc są sposoby, żeby szybko i bezproblemowo nakarmić niemowlaka papką?
Pierwszy sposób to podanie mu drugiej łyżeczki do ręki i postawienie miseczki przed nim. Szczerze mówiąc, mało skuteczny, chyba że unieruchomimy mu drugą rękę. W innym wypadku zawartość miseczki w przeciągu sekundy znajdzie się poza nią (a gdzie to już zależy od inwencji twórczej dziecka). Nie ryzykowałabym.
Druga opcja, to łyżeczka do ręki, ale miseczkę trzymamy z daleka. W tym wypadku może się zdarzyć, że nasz niemowlak zdenerwuje się, że ma łyżkę a nie ma żarełka. No i awantura gotowa. A jak jest awantura, to z jedzenia nici.
Jest jeszcze możliwość, że damy mu do rączki coś innego niż łyżka. To może być cokolwiek - co nam podejdzie pod rękę, ale są ograniczenia - nie może być za małe, nie może być za miękkie i nie może to być inne jedzenie. Więc generalnie to może być jakaś mała zabawka, czy też inny przedmiot, który zainteresuje nasze dziecko. Tutaj też mogą być komplikacje - jak wiadomo powszechnie, niemowlaki lubią wszystko wkładać do buzi, więc możemy mieć problem, żeby jego buzia pomieściła jednocześnie łyżeczkę z papką i przedmiot, który mu wręczyliśmy. Atakujemy więc, tylko w tych momentach, kiedy usta są wolne (o ile w ogóle są).
Możemy odwracać uwagę małoletniego naszym zachowaniem. Tutaj nie ma w zasadzie ograniczeń, jeśli coś działa i dziecko siedzi jak zaczarowane i przełyka pokarm, to możemy z siebie robić idiotę i nikt nie ma prawa nas osądzać. Wszak dziecko najedzone to dziecko szczęśliwe. Zawsze możemy też poprosić świadków naszych prób nakarmienia o odwrócenie uwagi i robienie z siebie wariata. Można robić to na zmianę - dorosłym nie będzie głupio, a niemowlak będzie pewnie siedział jak zaczarowany z otwartą buzią (a tu już wiadomo co należy zrobić).
Jakiegokolwiek sposobu byśmy nie zastosowali, nakarmienie malucha papkowatym pokarmem niesie za sobą pewne nieodzowne konsekwencje. Można z całą pewnością założyć, że rączki i buzia będą całe umaziane jedzonkiem, a jeśli przypadkiem zapomnimy założyć śliniak to bluzeczka też. Nawet jeśli śliniak jest, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że pozostała część ubrania będzie upaćkana. Krzesełko do karmienia będzie w newralgicznych miejscach usmarowane - dobrze, więc żeby było łatwe do czyszczenia (dziecko karmimy przecież kilka razy dziennie). Nie martwmy się jeśli w trakcie jedzenia nasz maluch kichnie albo zacznie robić wargami charakterystyczny odgłos brrrrr - to co znajdowało się w jego buzi znajdzie się na naszej twarzy tudzież ubraniu (nic nowego).
Nakarmienie niemowlaka to mega wyczyn, toteż jeżeli Tobie udaje się to uczynić bez żadnych przeszkód, to wiedz, że darzę Cię wielkim szacunkiem :D

Wyniki konkursu slank.pl

Miałam to zrobić już wczoraj, ale tak się zaczytałam z dzieciakami wieczorem, że zupełnie zapomniałam :) Za to dzisiaj już podaję wyniki konkursu, w którym nagrodą są dwie karty klubowe do slank.pl. Mimo, że konkurs nie cieszył się super powodzeniem, to mam nadzieję, że te osoby które zdecydowały się na udział, będą zadowolone z użytkowania portalu (nawet te które nie wygrają, bo większość opcji jest jednak darmowych).
Już nie przeciągam - dwa komentarze, których autorki otrzymują karty zamieszczam poniżej, a autorki proszę o przysłanie mi na maila lub podanie w komentarzu pod tym postem e-mail, który podały przy rejestracji na portalu slank.pl.



1. Anonimowy
Wow! Świetny konkurs! Akurat teraz nagroda przydałaby mi się szczególnie :)Wyznaczyłam sobie cel. Do 21 urodzin chcę wrócić do swojej dawnej wagi, chcę czuć się dobrze w swoim ciele. Wychodzić do ludzi i nie wstydzić się tego jak wyglądam. Wiem, że potrafię, że dam radę. Kiedyś dałam to teraz też mogę! Potrzebuję tylko codziennej motywacji, którą właśnie mogłabym otrzymać ze strony Slank.pl. Mam dość użalania się nad sobą, pragnę rozpocząć walkę o nową siebie! Przejrzałam dokładnie Slank i jestem zachwycona. Tak wiele opcji do wyboru, możliwość prowadzenia swojego dzienniczka, sprawdzania postępów, poznawania nowych ludzi i wiele wiele innych. Najpierw chcę powrócić do wcześniejszej figury, z którą czułam się dobrze, potem na nowo odbudować zdrowe, prawidłowe żywienie i wprowadzić je na stałe w moje życie. Slank.pl może mi to bardzo ułatwić i "wspierać" mnie w codziennych zmaganiach. Chcę wygrać kartę klubową Slank.pl! :)

2. Anonimowy
Dlaczego chcę wygrać tę kartę? chcę schudnąć, czyli jak pewnie większość, kobiet...wypróbowałam już wszystkich diet, z opłakanym skutkiem, i być może zdrowe i świadome odżywianie się będzie złotym środkiem. Mogłaby na tym skorzystać cała rodzina. Mam dwie córeczki, a wiadomo, że " ...czym skorupka za młodu..."Do ćwiczeń jestem już przekonana więc może mam szansę do lata? poza tym kto nie lubi wygrywać zakładów??? MP

wtorek, 18 lutego 2014

Tęsknota i obawa

Pamiętam, kiedy po urodzeniu Borysa byłam na urlopie macierzyńskim, narzekałam, że trwa on tak krótko i tak naprawdę ten minimum rok czasu matka powinna spędzić razem z dzieckiem w domu. Byłam i jestem nadal zdania, że polityka prorodzinna w naszym kraju jest do bani. Z jednej strony politycy dali nam możliwość spędzenia tego roku razem z dzieckiem, a z drugiej kobiety mają jeszcze większą niepewność powrotu na swoje stanowisko pracy. A ze znalezieniem nowej wszyscy wiedzą jak jest... No delikatnie mówiąc, nie jest kolorowo.
Ale abstrahując już do sytuacji na rynku pracy, a wracając do tematu - po urodzeniu Borysa byłam z nim w domu 7 miesięcy - chciałam być więcej. Miałam potrzebę, żeby patrzeć jak się rozwija i jak przechodzi kolejne etapy. Na szczęście miałam moją mamę - babcię, która została z Borysem, kiedy ja wróciłam do pracy. Niedługo później zaszłam w drugą ciążę i znowu miałam takie odczucia, że chciałabym być z nimi w domu trochę dłużej niż pół roku, które mi przysługiwało. Sprawa w tym wypadku rozwiązała się sama, bo zanim wróciłam do pracy, okazało się, że na świecie pojawi się Sonia.
Teraz jestem już na urlopie rodzicielskim.Minęło 9 miesięcy i czuję coraz większą potrzebę, żeby wrócić do pracy, iść do ludzi, podejmować nowe wyzwania i uczyć się nowych rzeczy. Chociaż wiem, że logistycznie będzie trudniej wszystko zorganizować, to nadal mam wsparcie w mamie, która może zająć się Sonią, a Kalinka i Borys świetnie sobie dają radę w przedszkolu. Jednocześnie zastanawia mnie jak poradzę sobie po takiej przerwie i pomimo, że nie czuję, że praca w domu jest gorsza, to jednak w ogólno - społecznym mniemaniu, taki urlop jest traktowany jako przerwa w pracy (choć według mnie jest to pełnoprawne stanowisko, które powinno nosić nazwę house - manager) i to pracodawcę może to odstraszyć. Na razie jestem na urlopie rodzicielskim, ale już za chwilę nadejdzie ten czas powrotu do pracy. Z jednej strony nie mogę się tego doczekać a z drugiej mnie to przeraża - tak jak każda poważna zmiana w naszym życiu.
Ciekawa jestem, jak to jest u Was? Czy szybko wróciłyście do pracy czy raczej wolicie spędzić jak najdłuższy okres z dzieckiem w domu?

poniedziałek, 17 lutego 2014

Zapiekanka z kaszy gryczanej i kurczaka

Znalazłam ostatnio super przepis na zapiekankę z kaszy gryczanej i dzisiaj postanowiłam go wypróbować. Generalnie kasza ostatnio nie gościła często na naszym stole, a w takiej wersji nigdy jej nie jadłam. Pyszne połączenie i na dodatek bardzo zdrowe - jako, że ostatnio bardziej zwracam uwagę na to co jemy, jest to bardzo na plus dla tego dania. Plus również za to, że szybko się robi :)
Przepis znalazłam na blogu feed-me-better - polecam, można tam znaleźć więcej przepisów na zdrowe posiłki. Ja mam już kilka na oku i będę w najbliższych dniach robić :)

Przepis na 3 porcje:
150 g ugotowanej kaszy gryczanej
1 i 1/2 fileta z kurczaka
2 cebule
300 g pieczarek
120 g twarogu
3  łyżki śmietany
3 ząbki czosnku
oliwa z oliwek
tymianek (w przepisie oryginalnym jest świeży rozmaryn, ale nim nie dysponowałam)
sól i pieprz


Kaszę ugotować na sypko i odstawić do ostudzenia. Na oliwie podsmażyć pokrojonego w kostkę fileta, doprawić go sola i pieprzem. Do podsmażonego kurczaka dodać pokrojone w plasterki pieczarki, a po kilku minutach pokrojoną w kostkę cebulę. Smażyć razem kilka minut, dodać rozgnieciony czosnek. Do naczynia żaroodpornego wsypać kaszę, pieczarki z kurczakiem i cebulą. Pokruszony twaróg i śmietanę, całość doprawić tymiankiem, solą i pieprzem. zapiekać około 20 minut w temp. 200 stopni C. Pyszne i zdrowe :) Polecam:)


niedziela, 16 lutego 2014

Jest za co dziękować :)

Kiedy z każdej strony, codziennie albo nawet kilka razy dziennie - w radiu, telewizji i otaczającym Cię świecie widzisz choroby i smutek, to doceniasz to co masz. Stosunkowo nie dawno pojawiły się reklamy społeczne, reklamy fundacji, w których występują autentycznie chore dzieci. Instynktownie chcemy zmienić kanał, ale nie potrafimy, musimy dalej oglądać. Patrzeć na czyjeś nieszczęście i doceniać własne szczęście. Wtedy zwykłe problemy, z którymi się zmagamy, a które często spędzają nam sen z powiek, stają się malutkie i nic nieznaczące. Oglądamy krótki spot i wracamy do swoich zajęć, być może ta twarz wryje nam się w pamięć, może ulotni się, ale to dziecko zmaga się ze swoimi kłopotami dalej, na dodatek licząc na naszą pomoc.
Doceniamy to co mamy na ulicy patrząc, jak mija nas mama z niepełnosprawnym dzieckiem, które nie jest w stanie samo się poruszać. Doceniamy, kiedy widzimy naszą znajomą lub krewną z dzieckiem, które mimo, że jest starsze od naszego, to zatrzymało się na etapie niemowlaka. Współczujemy i doceniamy to co mamy. Często też pomagamy - choćby symbolicznie. Potem zapominamy i znowu nasze problemy urastają do rangi problemu narodowego.
Nie chcę nawet wyobrażać sobie, jak się coś docenia, kiedy się to traci. A przecież tak jest na co dzień. Rodzice tracą dzieci a dzieci rodziców... co chwilę ktoś traci kogoś bliskiego.
W tym świecie tak zawładniętym żądzą pieniędzy i szybkim życiem, jak często powinniśmy się zatrzymać i podziękować za to co mamy? A powinniśmy być wdzięczni za tak wiele...

sobota, 15 lutego 2014

Sobotni czas :)

Dziś w końcu po półtora tygodnia siedzenia w czterech ścianach wyszliśmy na zewnątrz. Słońce takie piękne, powietrze takie rześkie, niestety jako, że sama z 3 dzieci byłam, to nie wypuszczałam się daleko, ale najbliższy plac zabaw zaliczyliśmy. Dzieci zachowywały się, jakby siedziały całą zimę zamknięte, biegali po tym placu, cieszyli się jak wariaci :) aż miło było popatrzeć. Oczywiście powrót do domu z płaczem, bo oboje chcieli się huśtać jeszcze na huśtawce. Ale to nic. Sama z przyjemnością odetchnęłam tym wiosennym powietrzem (mam nadzieję, że już nie będzie zimniej swoją drogą) bo też przecież nosa prawie z domu nie wychylałam przez to choróbsko. Na szczęście od poniedziałku wszystko wraca do normy a dzieci do przedszkola.
Dzisiaj nie wymyślaliśmy żadnych wycinanek i innych ręcznych robótek, klej nam się zresztą zasechł bo został bez zakrętki i papier kolorowy też na wykończeniu, trzeba będzie zrobić znowu zapasy :) Za to dzieciaki same fajne zabawy sobie same wymyślały - układali resoraki kolorami, robili przyjęcie urodzinowe dla miśków (przy okazji wyciągając wszystkie moje gary), a kiedy dziewczynki spały Borys wertował moje książki kucharskie, w wyniku czego poczyniliśmy razem ciasteczka zwane baletkami, które prawie w całości zostały pochłonięte przez mojego męża.
Z jednej strony wiadomo choroba to nic przyjemnego, ale z drugiej dzieciaki miały fajny czas ze mną w domu, kiedy nie musiały chodzić do przedszkola, taki oddech od codziennych reguł przedszkolnych. Gorzej ze mną :), na szczęście przetrwaliśmy wszyscy ten czas i nie zwariowałam, więc jest sukces :)

Przypominam też o konkursie, TUTAJ - możecie zgarnąć bezpłatny dostęp do strony slank.pl, portalu dla ludzi, którzy chcą zrzucić kilka kilogramów i zdrowiej żyć. Ja się wciągnęłam i polecam wszystkim :)




czwartek, 13 lutego 2014

Slank.pl - gra w odchudzanie i konkurs :)

Jak pewnie wiecie (albo i nie wiecie :)) ciągle mam do zrzucenia ostatnie 5 kilo sprzed ciąży. Ćwiczę dzielnie, z dietą różnie bywa, ale staram się jednak zdrowo odżywiać (no gubi mnie to Ptasie Mleczko, gubi...), ale jakoś opornie to idzie. Dodatkowo to, że nie mam już 18 lat pewnie robi też swoje, brak czasu przy trójce dzieci na regularne posiłki (to wymówka - wiem, bo jak chcę to potrafię) i na regularne ćwiczenia (znowu wymówka) robi swoje. Chciałabym, żeby zdrowe odżywianie i regularne ćwiczenia weszły mi w nawyk. Najchętniej zapisałabym się na siłownię, ale niestety - bycie mamą zobowiązuje, nie mam niestety na to czasu. Znajduję jednak czas (jeżeli oczywiście nie znajdę dobrej wymówki), żeby poćwiczyć w domu, przed komputerem, wieczorem, kiedy dzieci już śpią lub do południa, kiedy są w przedszkolu, a Sonia ma drzemkę.
 Do niedawna ćwiczyłam tylko z Jillian Michaels, chociaż wiem, że jest mnie popularna od trenerki wszystkich Polek (czyli Ewy Chodakowskiej), to mi bardziej jej programy przypadły do gustu. Potrafi wycisnąć z człowieka naprawdę siódme poty :D
Chciałabym jednak napisać o portalu dla osób, które chcą schudnąć i żyć aktywnie, a który mogłam przetestować na sobie. Ta strona to slank.pl.
Jakie możliwości daje Slank?
  • możesz prowadzić swój dziennik zdrowego odżywiania, korzystać z porad innych uczestników, rozmawiać z nimi, dzielić się swoimi wzlotami i upadkami, wątpliwościami i radością ze zrzuconych kilogramów i centymetrów :)
  • możesz zapisywać swój codzienny jadłospis - korzystając z informacji dotyczących wartości odżywczych danych produktów (m.in. tak ważne dla nas kobiet kalorie :))
  • możesz sprawdzać na bieżąco jak zmienia się Twoja waga i Twoje wymiary - jest to super zobrazowane na wykresach
  • możesz brać udział w zakładach motywacyjnych. Ja obecnie jestem w trakcie wygrywania zakładu - nie jem jedzenia z fast foodów :D (ale to prosty zakłada bo i tak rzadko jadam) przymierzam się do czegoś co naprawdę da mi satysfakcję. Jest to bardzo motywacyjna metoda.
  • możesz brać udział w misjach. Na stronie przygotowane są 30 dniowe treningi, zarówno dla początkujących jak i dla bardzo zaawansowanych. To tak jakby trener personalny przyszedł do Ciebie do domu zamiast tego, że Ty idziesz na siłownię. Bardzo wygodne, ale ćwiczyć trzeba :)
  • za bardzo niedługi czas będzie możliwość wymiany informacji z ekspertami do spraw zdrowego odżywiania i zdrowego stylu życia.
Część z funkcji slank.pl jest dostępne za darmo - wystarczy się zarejestrować na stronie i korzystać, a część (m.in. filmiki z treningami, czyli misje oraz porady ekspertów) są płatne. Ta kwota nie jest wysoka - karta klubowa w naszym klubie fitness on-line kosztuje tylko 29,99 zł i jest ważna przez okrągły rok.
Ja się wciągnęłam, więc jeżeli ktoś potrzebuje zrzucić parę kilo, albo po prostu chce poczuć się dobrze w swoim ciele musi spróbować ze slank.pl.
I teraz mam dla moich czytelników niespodziankę - konkurs od portalu slank.pl.
Jeżeli chcecie dostać za darmo kartę klubową ważną przez 365 dni koniecznie weźcie w nim udział.
Zadanie jest bardzo proste:
  • Napisz w komentarzu, że chcesz taką kartę i co zamierzasz przez rok korzystania ze slank.pl w sobie zmienić. 
Dzięki slank.pl mam do rozdania dwie takie karty klubowe, a więc dwa - najbardziej moim zdaniem interesujące komentarze, mają szansę na taką nagrodę.
Aby zrealizować nagrodę, konieczna będzie rejestracja na portalu slank.pl oraz podanie organizatorowi adresu e-mail podanego przy rejestracji.
Konkurs trwa do poniedziałku 17 lutego 2014 (do godz. 23:59)
Mam nadzieję, że komentarzy będzie sporo, bo to będzie znaczyło, że macie ochotę na zdrowy tryb życia :) 

p.s. nie trzeba nikogo polubić na FB ani nic udostępniać, ale jeśli będziecie mieli ochotę, żeby zostać z nami na dłużej, polubić nasz profil albo polecić konkurs dalej, to będzie nam bardzo miło :)

środa, 12 lutego 2014

Rybki w słoiku

Kiedyś mieliśmy prawdziwe duże akwarium i dużo rybek. Zdecydowałam się zlikwidować je, kiedy byłam w ciąży z Kalinką z prostego powodu. Mimo, że wydaje się, że hodowla rybek nie jest czasochłonnym zajęciem, to żeby akwarium cieszyło oko, a rybki były ładne i zdrowe, trzeba mu jednak troszkę tego czasu poświęcić. Ponieważ czyszczenie akwarium, wymiana wody czy jakiekolwiek inne czynności pielęgnacyjne wymagały pomocy męża (ja w ciąży, akwarium 240 litrów, a po wodę trzeba na piętro latać) a u niego z czasem niestety było kiepsko, to rybki oddałam a akwarium stoi na razie na strychu i się kurzy. Ostatnio takie myśli mi zaczęły do głowy przychodzić, że może warto by je wyciągnąć i od nowa zagospodarować. Dzieci miałyby frajdę i my zresztą też. Na razie ten pomysł pozostaje w mojej głowie, nie chcę dzieci nastawiać dopóki nie podejmę ostatecznej decyzji, więc dzisiaj zrobiliśmy małe akwaria, które właściwie wcale nie potrzebują pielęgnacji :) Prosty pomysł, ale moim potworkom bardzo się spodobał.



wtorek, 11 lutego 2014

Co nam wyszło z masy solnej

Z każdym kolejnym dniem, który musimy przymusowo spędzać w domu, dzieciom coraz bardziej się nudzi i mało co zajmuje je na dłuższą chwilę. Dzisiaj przypomniałam sobie o masie solnej i przedpołudnie zleciało nam na lepieniu  :)
Przepis na masę solną pewnie zna każda mama, ale przypomnę

1 szklanka soli
1 szklanka mąki
pół szklanki wody


Potem było długie czekanie. Najbardziej nie mógł się doczekać Borys, kiedy ciasto zapiekało się w 100 st. Celsjusza przez 2 godziny. Po południu malowaliśmy nasze arcydzieła farbkami i pisakami. Oto co nam wyszło:



poniedziałek, 10 lutego 2014

Co zmienia się w życiu taty po urodzeniu dziecka

Właśnie dowiedział się, że zostanie tatusiem. Przez kolejne 9 miesięcy będzie przekonywał się, że już nigdy nic nie będzie takie samo. Życie się zmienia i jego partnerka się zmienia. Od teraz została przede wszystkim Matką Jego Dziecka.
Już okres oczekiwania na potomka przygotowuje przyszłego tatusia do zmian jakie go czekają. Zmienia się jego kobieta - jedne zmiany są na gorsze (ciągle wymiotuje, rośnie wszerz, zrzędzi, marudzi, wysyła go w środku nocy po lody i ogórki kiszone, nie ma ochoty na sex i wiele wiele innych) a inne na lepsze (rosną jej piersi, błyszczą jej oczy, uśmiecha się bez powodu głaszcząc się po brzuchu, ma cały czas ochotę na sex itp, itd.). Aż w końcu przychodzi ten moment, kiedy rodzice witają na świecie małego człowieka. I od tej chwili dla świeżo upieczonego tatusia zmienia się wszystko.
Po pierwsze mama jest teraz tylko mamą i raczej mało zwraca uwagę na potrzeby tatusia (przynajmniej na początku, ale niektórym mamom wchodzi to w nawyk). Najważniejszy jest dzidziuś - tata schodzi na dalszy plan - tak jakby jest, ale bardziej jako asystent mamy, pomocnik (pójdzie po pieluchy, załatwi formalności w urzędach, ugotuje obiad, wstawi pranie itp. itd.), aby mama mogła odpocząć i zająć się maluszkiem.
Po drugie - mama zmieniła się zewnętrznie. Ok, na początku tatuś dopuszcza strój tzw. po domowemu - w końcu trzeba się pomału dostosować do nowej rzeczywistości. Ale powoli zaczyna docierać do niego, że od tej pory rozciągnięty dres, poplamiona mlekiem/kaszką/papką koszulka, rozklapciane kapcie i lekko przetłuszczone włosy - to jest właśnie ta nowa rzeczywistość. Kobieto - ogarnij się! - myśli w duchu tatuś, kiedy po powrocie z pracy zastaje taki widok, zamiast jak wcześniej uczesanej, schludnie wyglądającej żony. Głośno nie mówi jednak nic, bo: patrz punkt 3.
Po trzecie: mamie lepiej nie mówić, że coś mogłaby zmienić w swoim wyglądzie, trybie życia, wychowaniu dziecka, żywieniu dziecka czy podejściu do życia. Każdy takie tekst może zakończyć się dziką awanturą i tygodniowym zakazem wstępu do sypialni (która notabene i tak niekoniecznie jest już Jego sypialnią). A tak naprawdę, często mamy szczególnie na początku, są bardzo wyczulone na krytykę i lepiej darować sobie docinki szczególnie te dotyczące ich wyglądu.
Po czwarte: nawet jeśli mama się ogarnęła zewnętrznie, to jej ciało i tak się zmieniło, czasem kilka kilo więcej, czasem cellulit, czasem rozstępy a czasem tylko obwisłe od karmienia piersi - niestety ciało po ciąży i karmieniu się zmienia i tutaj drogi tatuś musi zaakceptować, że te zmiany to jakby blizny po urodzeniu dziecka, które przypominają mamie jak piękny dar otrzymała od życia.
Po piąte: To jak zmieniła się jego kobieta łączy się z tym jak zmieniło się jego życie. O d teraz jest nie tylko mężem lub partnerem ale Tatą. Każda mama na początku ma obsesję na punkcie swojego dziecka i nie zwraca uwagi na tatusia (to zazwyczaj szybko mija), ale tatusiowie też mają obsesję na punkcie swoich dzieci (czasem aż za bardzo). Każda świeżo upieczona mama nie jest od razu super szczupła i nie ma na tyle czasu i siły, żeby dokładanie o siebie zadbać (oczywiście tu też są pewnie chlubne wyjątki) - ale tata też jest na pewno wykończony nowymi obowiązkami. Życie mamy i taty po urodzeniu dziecka bardzo się zmienia, ale jeden uśmiech tego malucha pokazuje, że takie zmiany to zmiany na lepsze.

niedziela, 9 lutego 2014

Bułeczki świnki

Dzisiaj światowy dzień pizzy, więc i u nas była dziś domowa pizza. Zaplanowałam ją już kilka dni temu nawet nie wiedząc, że taki dzień istnieje. Zawsze robię pizzę z przepisu ze strony mojewypieki.com i dzisiaj natrafiłam na tej stronie na ciekawy przepis na bułeczki w kształcie świnek. Wyglądały przecudownie, więc licząc na to, że moim potworkom się spodobają postanowiłam wypróbować przepis. Tym bardziej, że w tym chorobowym czasie ciężko ich namówić na jakieś konkretne jedzenie. Co prawda przy chorej trójce nie było to łatwe zadanie, ale udało się, bułeczki wyszły i nawet dzieciaki się skusiły, a nie często są chętne na moje wypieki (zupełnie nie wiem dlaczego :)). Nie są to typowe słodkie bułki, właściwie ciężko określić ich typ - myślę że ciasto świetnie nadawałoby się na paszteciki lub coś podobnego. Ja piekłam same, ale można do nich dodać nadzienie słodkie lub wytrawne - następnym razem mam zamiar zrobić z pieczarkami, cebulką i serem żółtym.
Poniżej przedstawiam więc przepis zaczerpnięty ze strony mojewypieki.com w niewielkim stopniu przeze mnie zmodyfikowany :)

Ciasto drożdżowe:
400 g mąki pszennej
14 g drożdży
100 ml ciepłego mleka
1 jajko
pół łyżeczki soli
5 łyżeczek cukru
200 ml naturalnego jogurtu

Rozczyn: drożdże pokruszyć, zasypać dwiema łyżeczkami cukru i zalać połową ciepłego mleka. Odstawić na 10 minut. Mąkę wymieszać z solą i pozostałym cukrem. Dodać rozczyn, jogurt, jajko i resztę mleka. Dokładnie wyrobić, ciasto jest lekko lepkie. Odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości.

Ciasto maślane:
100 g masła
150 g mąki pszennej

 Masło wyrobić z mąką na gładką masę.

1 jajko roztrzepana do smarowania
1 białko do łączenia elementów

Po wyrośnięciu połączyć ciasto drożdżowe z maślanym. Wyrabiać aż do uzyskania gładkiej masy, tak długo żeby nie było grudek. Po wyrobieniu rozwałkować na grubość około 5 mm, wycinać duże koła, małe kółeczka na ryjek i ćwiartki kółek na uszka - łączyć razem za pomocą białka. Jeżeli chcemy do środka dać nadzienie trzeba ciasto na duże koła rozwałkować dwa razy cieniej. Oczka i ryjki zrobiłam z siemienia lnianego ale można użyć kawałków czekolady lub goździków, orzeszków itp.  Odstawić w ciepłe miejsce do podwojenia objętości, a po tym czasie posmarować roztrzepanym jajkiem i piec w 200 st. Celsjusza przez około 20 minut.
Smacznego :)



A pizza wyglądała tak:

sobota, 8 lutego 2014

Bez tej pomocy chyba bym nie przetrwała, czyli na kogo zawsze mogę liczyć

W domu mamy szpital - Borys zaczął gorączkować w środę, w piątek miałam telefon z przedszkola, że Kalinka ma temperaturę, a dzisiaj po południu zaczęła gorączkować też Sonia.  Na szczęście Borys i Kalinka dziś już cały dzień bez gorączki, więc mam nadzieję, że najgorsze już za nami. Nie zmienia to jednak faktu, że raczej nie możemy się ruszyć z domu i dzieciaki powoli zaczynają chodzić po ścianach.
W takich dniach jak dziś, jeszcze bardziej niż zawsze doceniam pomoc jaką mam, jaką daje mi rodzina. Babcia (chociaż obecnie też chora) i dziadziuś, z którymi mieszkamy pod jednym dachem są niezastąpieni. Codziennie zapewniają mi ten komfort, że mogę spokojnie zawieść i przywieść dzieci z przedszkola, iść na zakupy, do lumpeksu, do lekarza czy gdziekolwiek indziej, nie martwiąc się co zrobić z Soniakiem. Popołudniami i w weekendy dzieciaki same chętnie idą do babci i dziadzia, jest to dla nich taka zmiana otoczenia i urozmaicenie, a i dziadki cieszą się, że mają trochę "rozrywki" (delikatnie powiedziane :))Babcia bez problemu zgadza się też aby popilnować całą trójkę wieczorem, kiedy chcemy wyjść gdzieś we dwoje.
Drugą osobą, której należą się wielkie podziękowania jest moja siostra, która albo tak uwielbia moje dzieci, że dnia bez nich sobie nie wyobraża, albo ma wobec mnie takie poczucie obowiązku, że musi nas codziennie odwiedzić, pobawić się z dziećmi i ulżyć mi w moich obowiązkach. Pewnie te dwie rzeczy po trochu, ale wiem jedno - zawsze, kiedy tego potrzebuję, mogę na nią liczyć. Ba, ja nawet nie muszę prosić, bo ona sama się domyśla, kiedy potrzebuję pomocy. Na dodatek dzieciaki ją wprost uwielbiają. Przyznaję, że miałyśmy momenty, kiedy nie było tak kolorowo, ale widać życie nas uczy pokory i człowiek przypomina sobie, że rodzina jest najważniejsza.
Matka chrzestna Borysa odwiedza nas kiedy tylko nie jest na studiach :) Zapewne jako młoda osoba znalazłaby lepsze zajęcie niż wizyta u matki polki i jej potworów, więc chyba musi nas lubić. Jednego się tylko boję: czy przyszła Pani psycholog nie robi przypadkiem analizy moich dzieci???? Kochana, jeśli to czytasz, to lepiej się nie przyznawaj :D bo zacznę się bać Twoich odwiedzin :) W każdym razie tą  ciocię dzieciaki też uwielbiają i bardzo się cieszą kiedy nas odwiedza.
Jedno jest pewne: dla wszystkich osób, które uczestniczą w naszym  codziennym życiu należy się jedno, ale duże słowo: dziękuję. Nie wiem, jak dałabym sobie bez Was radę (naprawdę byłoby ciężko). 



piątek, 7 lutego 2014

Co robić z chorym dzieckiem w domu?

Ponieważ mam małego chorego człowieka w domu napiszę dzisiaj nasze sprawdzone sposoby, żeby się nudzić w tym czasie. Wiadomo, na zewnątrz nie bardzo można wyjść, w domu też swoje obowiązki trzeba wykonać a chorowitek domaga się naszej uwagi. Musimy więc ten czas spędzany przymusowo w domu jakoś mu zagospodarować.
  • Zawsze sprawdza się u nas nowa książeczka do kolorowania, najlepiej z naklejkami - tym razem wpadła mi w Biedronce kolorowanka z dinozaurami, w środku naklejki i do wycięcia karty memo. Mamy więc chwilę czasu, kiedy dziecko koloruje, przykleja naklejki, ale musimy też poświęcić chwilę by wyciąć karty i w nie pograć. W kolorowance są też często zadania do wykonania, najlepiej by były dostosowane do wieku dziecka.
  • Wyciągam ze strychu stare zabawki. Mam tak, że gdy robię porządki w zabawkach, odkładam te którymi się dzieciaki nie bawią do pudła i lądują na strychu. Co jakiś czas, właśnie w takich sytuacjach jak np. choroba, wyciągam te schowane zabawki i wtedy są one dla dzieciaków jak nowe i na nowo zajmują ich na dłuższy czas.
  • Wycinanki z papieru kolorowego. Wiadomo, że dzieciaki uwielbiają zabawy nożyczkami i klejem. Najczęściej wycinam z papieru kolorowego różne kształty a dzieciaki naklejają je na czystą kartkę tworząc obrazek. Czasem wykorzystuję zamiast papieru kolorowego gazety - wycinam różne przedmioty, które są później naklejane na kartkę.
  • Malowanie farbami. To u nas dość częste zajęcie a w czasie choroby obowiązkowe. Troszkę sprzątania potem, ale na jakiś czas mamy dzieciaki z głowy.
  • Wyciągamy dawno nie układane puzzle i gry. To też nasz sposób na nudę, co prawda do gry potrzeba co najmniej dwoje osób ale puzzle już może maluch układać sam (czasem przy naszej niewielkiej pomocy).
  • Włączamy bajkę. Wiadomo, że całego dnia tak się nie da spędzić, ale jakiś czas przed tv na pewno dziecku nie zaszkodzi a nam pozwoli troszkę oddetchnąć, ugotować obiad, albo po prostu napić się w spokoju kawy :)
A jakie Wy macie sposoby na nudę w czasie choroby?


czwartek, 6 lutego 2014

Człowiek się uczy na błedach, czyli czego nie robimy przy drugim i kolejnym dziecku (albo obiecujemy, że nie zrobimy)

Obstawiam, że każda, posiadająca więcej niż jedno dziecko mama lub w ogóle rodzic, wie o czym mówię. Będąc w ciąży mamy zazwyczaj plan dotyczący wychowania dziecka, na dodatek nakreślony w każdym zakresie. Praktycznie do momentu studiów jesteśmy w stanie określić nasze priorytety i sposób postępowania.
Nie wybiegając jednak tak daleko w przyszłość skupmy się na sprawach, które wprowadzamy w życie (lub nie wprowadzamy)  niedługo po urodzeniu maluszka. Czasem udaje się te zasady, które sobie rodzice zaplanowali wprowadzić, a czasem niestety życie decyduje za nas (również potrzeba snu albo chociaż odpoczynku daje o sobie znać).
Jedną z takich spraw jest spanie w łóżku rodziców. Jak już zdecydujemy, że dziecko ma swoje łóżeczko a w łóżku rodziców może ewentualnie spędzać niedzielne przedpołudnia, to nagle nasze dziecko jest zgoła innego zdania. Ono chce spać razem z mamą i czuć jej bliskość a odłożone do łóżeczka drze się niemiłosiernie. Często ulegamy i kończy się to spaniem razem. Przy drugim i kolejnym dziecku, jesteśmy nieco mądrzejsi i nawet w chorobie obawiamy się wziąć malucha do łóżka, bo przypomina nam się wbijanie łokci pod żebra, stopy na twarzy albo jeszcze inne dziwne sytuacje, na jakie są narażeni rodzice śpiący razem ze swoimi pociechami. Czasem się udaje a czasem znowu jednak ulegamy pokusie i wybieramy ciszę i lokatora w naszym łóżku.
Jest jeszcze coś czego uczymy się na pierwszym dziecku - usypianie. Lecimy jakby się paliło, kiedy nasz maluch tylko zakwęka odłożony do łóżeczka. W konsekwencji, często kończy się na tym, że usypia ono tylko w naszej obecności i to jeszcze głaskane, przytulane, musimy śpiewać kołysankę, trzymać za rączkę lub inne tym podobne pomysły. Przy kolejnym dziecku dajemy sobie na wstrzymanie i idziemy dopiero kiedy słychać wyraźne wrzaski i nie ma nadzieji żeby dziecko samo się wyciszyło.
Odstawienie od smoczka. Wiadomo, że dla niektórych maluchów smoczek to najlepszy przyjaciel i pocieszyciel a także usypiacz, ale w pewnym momencie trzeba jakoś się tego towarzysza dziecięcego pozbyć i każda mama odkłada ten moment jak najdłużej się da. Mówi się, że rodzice bardziej przeżywają tą chwilę niż dziecko i coś w tym jest. Używamy jakichś przebiegłych sztuczek, kłamiemy w żywe oczy lub nawet bezczelnie uszkadzamy smoczki, żeby tylko nasze pociechy same się ich pozbyły. Ale im dłużej zwlekamy, tym gorzej jest się rozstać. Często więc przy drugim dziecku decydujemy się na ten krok dużo wcześniej lub w ogóle rezygnujemy z podawania smoczka (jeśli mamy wyjątkowo płaczliwy egzemplarz jest to jednak raczej niewykonalne).
Czego Wy nauczyliście się na swoich rodzicielskich błędach i czy rzeczywiście jest tak, że przy kolejnych wprowadzacie lub macie zamiar wprowadzić zmiany?


środa, 5 lutego 2014

Skarpety, rajtuzy, kalesony... ah ta zima

Jedną z rzeczy za jakie nie lubię zimy, jest cała ceremonia ubierania siebie i dzieci przed wyjściem na zewnątrz. Nawet jak nie ma siarczystych mrozów, to jednak jest zimno i o ile mogę zdzierżyć, że mi tyłek zmarznie (za chiny ludowe rajtków pod spodnie nie ubiorę) to dzieciorom uparcie zakładam dwie warstwy dolne. Do tego dochodzą kombinezony, kurtki, czapki, szaliki, rękawiczki ufff. Zanim ich ubiorę już jestem cała mokra... a tu jeszcze na siebie trzeba zarzucić kurcicę. No ale nic to, w końcu sorry, ale taki mamy klimat i trza się z tą zimową ubieranką pogodzić. Kiedy już wreszcie uda się całą brygadę wypuścić za drzwi odzywa się jedno: mamoooo, siku. Jak jedno powie to i drugie usłyszy, a że małpką ostatnio jest to jej też się siku zaraz chce (wtedy co trzeba to nie zawoła, tak swoją drogą). Dobrze, że trzecie jeszcze nie umie gadać, bo pewnie musiałabym pampersa ściągać i na nocnik sadzać. Dobra - ubrane, wysikane i co tam jeszcze - pakuję do auta tudzież ruszamy na nogach, ale gdzie tam spokojna droga mi zazwyczaj nie jest pisana... A to drapie, a to szczypie, gniecie, swędzi. A to ciało wyszło, a to rękaw za długi, a to czapka za mała i sto tysięcy problemów, którym trzeba zaradzić, bo jeśli nie to będzie całą drogę marudzenie. Jak ja tęsknie za latem, kiedy tylko ubiera się majtki i koszulkę... nic nie gniecie, nic nie drapie...
No i przy okazji napiszę kilka słów o rajtkach, jakie ostatnio mieliśmy okazję testować dzięki firmie Yo! Właściwie to nie tylko rajtki mają w swojej ofercie ale też masę innych bieliźnianych głównie (ale nie tylko) akcesoriów. Moja opinia jest bardzo pozytywna - rajtuzki miękkie, ładne (kolory wiadomo to rzecz gustu) zarówno wzorzyste jak i gładkie. No i najważniejsze - nie skarżą się, że drapią, no i faktycznie miękkie i delikatne - nie ma tam co drapać :) Niektóre rajtuzki i skarpetki z tzw. ABS -czyli podeszwą antypoślizgową.
Na zdjęciach poniżej produkty, które najbardziej mi się spodobały.
Spódniczko - rajtuzy. Szczerze mówiąc, nie spotkałam się wcześniej z takim połączeniem i na pierwszy rzut oka nie byłam przekonana. Ale po wypróbowaniu okazały się strzałem w dziesiątkę, szczególnie jeśli dziecko chodzi do p-la czy żłobka. Są wygodne zarówno dla dziecka (nie krępują ruchów) jak i w ubieraniu dla dorosłego.
Druga rzecz to nakolanniki z abs dla dzieci, które raczkują.  Są ładne i przyciągają małe paluszki (wypukły wzorek), ale na temat oczywistej zalety jaką ma być pomoc w raczkowaniu ciężko mi się wypowiedzieć, bo (jak jeszcze nie dawno pisałam) Sonia jeszcze nie raczkuje i nie wiadomo czy w ogóle będzie :)
Przetestowaliśmy też kilka par skarpetek i najbardziej przypadły mi do gustu fajne dość grube skarpetki, które wypróbował Borys. Idealne dla mojego potwora, który namiętnie ściąga kapcie i gania po domu w samych skarpetkach. Szkoda, że akurat te grube nie miały podeszwy antypoślizgowej, ale mimo wszystko główną zaletą jest po prostu to że są ciepłe.
Podsumowując polecam markę - mają fajne, niedrogie produkty, które są niezbędne w szafie każdego dzieciaka :) Całą ofertę możecie zobaczyć na stronie Yo! a na zdjęciach moje dzieciaki :)





wtorek, 4 lutego 2014

kupa pupa i sisior

Czyli o słowach, które ostatnio często goszczą na ustach mojego syna. Szczerze wam się przyznam, że w moim domu czasem padają niecenzuralne słowa. No dobrze - często padają. Na nic tłumaczenia, na nic prośby i groźby - mój mąż klnie jak szewc i wcale się przy dzieciach nie hamuje. No może troszeczkę, jak mu zwracam uwagę, ale szybko wraca do starych nawyków. No nie potrafi się chłop powstrzymać. Jedyną osobą, przy której miał wewnętrzny hamulec była jego matka. Nikt więcej.Tak więc czasem tępię, ale często przechodzę do porządku dziennego, sama też zresztą święta nie jestem pod tym względem (choć aż tak jak małżonek nie nadużywam). Tak to u nas wygląda. No i wiadomo czego można się spodziewać. Że dzieci podłapią. A tu zdziwienie, bo jak na razie nie podłapały - może przeszły nad tym do porządku dziennego? Albo może jeszcze ten czas nie nadszedł...
Natomiast Borys ostatnimi czasy w każde zdanie jakie wypowiada wtrąca wyrazy typu kupa, pupa i sisior - odmieniane na wszelkie sposoby. Skąd? Obstawiam, że z przedszkola od innych dzieciaków, bo w domu tych słów w przeciwieństwie do naprawdę brzydkich, się nie nadużywa. To znaczy używa się sytuacyjnie. A Borys potrafi np. zadać pytanie: kto jest pupą? albo zamiast słów piosenki wstawia odmiany słowa pupa itp. itd. Nie bardzo wiem, jak mam na to reagować. Czy nie reagować? Dotychczas nie bardzo zwracałam uwagę, ale szczerze mówiąc zaczyna to robić się irytujące. Na moje tłumaczenia Borys reaguje stwierdzeniem, że już nie będzie tak mówił, ale za chwile znowu z jego ust pada jakieś dziwnie zbudowane zdanie...Na dodatek zaczyna mnie przerażać myśl, że za jakiś czas będą nagminnie padały z jego ust gorsze wyrazy, a nad tym już nie będzie się dało przejść do porządku dziennego. Czy miał ktoś z Was taki problem? Jak reagować?




poniedziałek, 3 lutego 2014

Jak to jest z tym porodem

Kiedy jesteś w ciąży i zbliża się termin rozwiązania, z każdej strony jesteś zasypywana pytaniami o to, czy się boisz. Jeśli jesteś w pierwszej ciąży, faktycznie trochę się boisz, ale jest to bardziej strach przed nieznanym. Tak naprawdę ciężko sobie wyobrazić swój poród. Na dodatek, każda ciężarna ma nadzieję, że opowieści o 30 i więcej godzinnym porodzie zakończonym w końcu cesarką to opowieści lekko przesadzone i zdarzają się bardzo rzadko. I że pójdzie w miarę gładko. W końcu nie ja pierwsza i nie ostatnia, a uciec się tak czy siak nie da.
Przy kolejnych porodach jest nieco inaczej. Chociaż mówi się, że tak jak każda ciąża, tak każdy poród jest inny, to z grubsza wiemy o co kaman i z czym to się je. O ile to możliwe to psychicznie jesteśmy lepiej nastawione. Ale też lęk może być nieco większy, bo właśnie o tą wiedzę jesteśmy bogatsze. W dalszym ciągu jednak nie da się uciec.
Jest też różnica czy poród przebiega siłami natury, siłami natury ze znieczuleniem, siłami natury ale zakończony cesarskim cięciem lub zaplanowana cesarka. Urodzić musimy, ale jakieś tam możliwości wyboru mamy.
Oczywiście jeśli są wskazania do cesarki, to jestem zdania, że absolutnie nie ma co się upierać przy porodzie naturalnym. Jestem raczej przeciwna cesarkom na życzenie, ale też jestem w stanie zrozumieć kobiety, które się na takie rozwiązanie decydują, w konsekwencji traumatycznego przebytego porodu. Nie oceniam takiego wyboru i nie uważam, że kobieta która decyduje się na cesarkę bez wskazań medycznych jest gorszą matką czy też robi jakiś błąd. Ja jednak świadomie nie zdecydowałabym się na takim krok, bo to jednak operacja i to bądź co bądź poważna. A każda operacja to jakieś zagrożenie.
Druga sprawa to znieczulenie. Też sporny temat - niektóre babeczki, uważają, że nie ma opcji - znieczulenie musi być, choćby i 4 tysiaki trzeba zapłacić. A inne są zdania, że nie ma opcji, choćby nawet było za darmo. Według mnie znieczulenie powinno być w standardzie zawsze, kiedy kobieta go potrzebuje. W czasie kiedy u dentysty mamy znieczulenie na zawołanie, fakt że porody w wielu miejscach są  bez znieczulenia jest dla mnie porażką. W praktyce jest tak: znieczulenie jest i to bezpłatnie; znieczulenie jest ale z "nieobowiązkową" cegiełką na rzecz szpitala; znieczulenia nie ma i koniec. Nieważne czy rodząca potrzebuje znieczulenia czy nie, powinno ono jednak być dostępne.
Jest jeszcze poród naturalny, który kończy się na stole operacyjnym i uważam, że to najgorsze rozwiązanie. Bo nie dość, że kobieta przechodzi przez wszystkie bolesne fazy porodu, to w końcu i tak idzie pod nóż (przyczyny mogą być różne) a co za tym idzie, po porodzie też odczuwa skutki cesarskiego cięcia. Sama rodziłam za każdym razem naturalnie, więc nie mam porównania, ale z tego co wiem, po porodzie siłami natury znacznie szybciej kobieta dochodzi do sił niż po cesarce. Myślę, że są wyjątki, ale generalnie ta zasada się potwierdza.
Jeżeli poród ma przebiegać naturalnie musimy się przygotować na pewne nieprzyjemne czynności, w których będziemy uczestniczyć. A w zasadzie będziemy ich głównymi bohaterkami. Pierwsza to lewatywa - można w domu wykonać samemu, ale nie jest pewne czy i tak nie zostanie powtórzona. Niezbyt przyjemne, ale do przeżycia, szczególnie kiedy skurcze są już uciążliwe i naprawdę robi się nam wszystko jedno co i jak, byleby to dziecko już wyszło. Potem golenie - osobiście uważam, że lepiej to zrobić w domu i być już przygotowaną, niż narażać się na położną, która nie oszukujmy się, przeważnie zrobi to rutynowo i niezbyt delikatnie. Przy samym porodzie część z rodzących poddana jest zabiegowi zwanemu nacięciem. Oznacza to, że przez otwór wielkości cytryny ciężko jest przecisnąć arbuza i trzeba ten otworek powiększyć. Chwała Bogu, jeśli doświadczona położna zrobi to w chwili bólu partego (wtedy nic nie poczujesz), gorzej jeśli nie trafi na ten moment (rzadko, ale się zdarza). Ponieważ kobiety są coraz lepiej uświadomione, coraz częściej rodzą bez nacięcia, jednak nie zawsze jest to możliwe, szczególnie jeśli dziecko jest większych rozmiarów. Warto jednak w czasie ciąży ćwiczyć mięśnie Kegla i robić masaże krocza specjalnie do tego przeznaczonym olejkiem. Można też poprosić położną o ochronę krocza i uprzedzić, że się do tego przygotowałyśmy. Może akurat trafimy na osobę na odpowiednim miejscu i wszystko pójdzie gładko.
Jedno jest pewne - jakbyśmy się do porodu nie przygotowywały, to zawsze jest to jedna wielka niewiadoma - taka kinder niespodzianka tylko bez cukru. Za to na końcu mamy słodką niespodziankę - wtedy już naprawdę jest nam wszystko jedno, o każdym bólu zapominamy i liczy się tylko to mała pomarszczona, czerwona istotka, która leży na naszej piersi....

niedziela, 2 lutego 2014

Czas przemija, czas przemija... Bal przebierańców

Odkąd pojawiły się dzieci czas leci mi w tempie ekspresowym, ale ostatnio mam wrażenie, że jeszcze przyspieszył i tydzień za tygodniem migają mi jak spadająca gwiazdka. Cały czas mam zaplanowany, a i tak go brakuje. Czasem odpuszczam jakiś obowiązek, który potem i tak trzeba nadrobić, czasem wyskoczy coś niespodziewnego i burzy cały plan dnia. Tak bywa.  Zauważyłam jednak, że zaczynają na tym "cierpieć" dzieci. Specjalnie napisałam cierpieć w cudzysłowie, bo aż tak bardzo nie cierpią, ale mam wrażenie, że ich zbywam i nie poświęcam im tyle czasu i uwagi, ile bym chciała. Zawsze jest coś innego do zrobienia, jakieś porządki, jakieś gotowanie.
 Ostatnio często syn prosi mnie o zabawę a ja odpowiadam, że tak, że tylko dokończę coś (pranie, gotowanie, karmienie Soniaka, przebieranie Kalinki itp.itd.) a potem on zapomina, ja zapominam i wspólny czas nam ucieka... Chciałabym to zmienić, ale jednocześnie wiem, że tego czasu nie dość że jest mało, to jeszcze trzeba go podzielić na troje (przy czym ostatnio Soniak toleruje przeważnie mnie, więc dzielenie tego czasu siłą rzeczy nie jest sprawiedliwe).
Niby nie ma między nimi dużej różnicy wieku, ale na tym etapie jest jeszcze bardzo trudno zaangażować wszystkich do wspólnej zabawy - a to oznacza, że gdy ja chciałabym pograć w coś z Borysem (przeważnie z Sonią na kolanach), to Kalinka nam po prostu przeszkadza, próbując zwrócić swoją uwagę. A zasad gry jeszcze nie pojmuje... Trudno to wszystko pogodzić. Tym bardziej cieszył mnie zorganizowany przez nasze przedszkole bal przebierańców połączony z występami z okazji Dnia Babci i Dziadka.
Bal odbył się pod hasłem "Łączymy pokolenia" i naprawdę połączył :) Były przedszkolaki, byli rodzice i dziadkowie i wszyscy razem się bawili. Pochwalę się też, że naszej rodzince udało się zdobyć zaszczytne drugie miejsce w konkursie na najlepsze przebranie (byliśmy piratami) i choć nie do końca wyglądaliśmy wszyscy tak jak to zaplanowałam (Kalinka oczywiście się wyłamała i nie chciała założyć chustki ani kamizelki z czaszką) to nasze starania zostały docenione (to starania głównie babci i to ona czuła się chyba najbardziej dumna :)).
Kilka zdjęć z balu - niestety, cały czas w ruchu więc nie są najlepsze :)
Tak prezentowali się podczas występu z okazji Babci i Dziadka

A takie ujęcia udało się zrobić podczas balu.



Niestety, moje najstarsze dziecko było w ruchu cały czas i nie mam przyzwoitego zdjęcia, wszystkie ujęcia od tyłu, ale może uda  mi się jeszcze coś znaleźć z zasobach aparatu dziadzia :)