poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Mamy dzieci, nie możemy się bić!

Czyli co wypada a co nie, kiedy jesteś już rodzicem.
Tytuł posta to cytat z filmu "Jeszcze większe dzieci", jeśli widzieliście, to wiecie o co chodzi a jeśli nie to obejrzyjcie bo to fajna komedia.
A teraz do rzeczy. Na pewno pamiętacie te czasy, kiedy nie było dzieci, nie było obowiązków, była za to wolność, młodość i wybryki, które wspominamy z wypiekami na twarzy. Czasem wspominamy ze znajomymi te minione czasy z nostalgią opowiadając jedno przez drugie historie, które poważnemu statecznemu rodzicowi nie mają prawa się przydarzyć. Ale czy na pewno stateczny rodzic nie może się już dobrze bawić? Pójście na imprezę wchodzi w grę, ale tańczenia na stole do białego rana? Już niekoniecznie. Tatuaże? Tylko te przemyślane, najlepiej z datami urodzin dzieci. Albo imionami. Robione w profesjonalnym studio, a nie przez znajomego na imprezie, której kolejnego dnia nie będziemy dobrze kojarzyć. Przejażdżka dzisiaj kojarzy nam się z wyjazdem do Zoo tudzież Aquaparku lub krainy dinozaurów. Kiedyś ten termin miał zgoła inne znaczenie (np. wycieczka za granicę po zapasy alkoholu, bo tam był dużo tańszy). Wakacje wybieramy dzisiaj pod kątem dzieci - musi być plac zabaw, klimatyzacja i basen blisko kwatery, na dodatek tam gdzie pogoda na pewno nie zawiedzie. Kiedyś można było spędzić trzy dni w namiocie, który przeciekał (bo trzy dni z rzędu padało).
Nie wypada dzisiaj nam - rodzicom robić wielu rzeczy, ale tak z ręką na sercu, czasem i dziś zdarzają się incydenty, którymi się dzieciom nie pochwalimy, ale będziemy wspominać ze znajomymi. Pewnych rzeczy nie pasuje nam robić, ale co zrobić gdy czasem ogarnia nas ta nieprzeparta ochota, żeby chociaż przez chwilę cofnąć się do czasów, kiedy można było? Ja myślę i mam nadzieję, że takie wybryki czasem będą nam się zdarzać (oby nie za często), bo nie chciałabym zapomnieć jak to jest być spontanicznym, szalonym, niekoniecznie młodym ciałem, ale na pewno duchem :)
A na zdjęciach moje motywatory do bycia "porządnym" rodzicem.



sobota, 26 kwietnia 2014

Jakie niebezpieczeństwa czyhają na małego Potwora

Dzisiaj będzie o tym, jak bardzo trzeba uważać na małe dziecko. Takie maleństwo - noworodek, niemowlak to mały pikuś - leży w łóżeczku, lub siedzi, nie przemieszcza się a co za tym idzie nie czyhają na niego straszne niebezpieczeństwa. Wiadomo, na takie maleństwo trzeba też bardzo uważać, ale możemy bardziej to kontrolować. Przy ruszającym się już Potworku jest to trudniejsze zadanie, tym bardziej gdy po domowej dżungli pełnej niebezpieczeństw buszują jeszcze dwa starsze potwory. To czego się boję i na co już się nacięłam (a właściwie nacięło się moje dziecko) to:
- szuflady. Ja nie wiem co w nich jest niesamowitego, ale Sonia je uwielbia - otwiera te w kuchni z naczyniami, te z ubraniami i każde inne na które przypadkiem się natknie. Ja wiem powinnam je zabezpieczyć, związać choćby sznurkiem. Jestem chyba nieodpowiedzialną matką, że jeszcze do tej pory tego nie zrobiłam, choć Sonia już zdążyła przyciąć sobie paluszki... myślę, że muszę się zmobilizować i jakoś je zabezpieczyć.
- małe przedmioty i papierki. Teoretycznie nie powinno ich być w zasięgu wzroku i małych łapek ale, no właśnie, jest to jedno ale, gdy mieszkańcami są oprócz nas jeszcze czterolatek i dwulatka. Staram się oczywiście zbierać te drobiazgi, papierki, zabawki z jajek niespodzianek, kółeczka od resoraków i buciki lalki Barbie, które są prawie niewidoczne gołym okiem, ale nie ukrywam, że nie nadążam i czasem wyciągam je wprost z buzi Sonii.
- picie wody z wanny. To jakaś obsesja i ciekawa jestem czy inne dzieci też tak mają. Pierwsze co robi Sonia po wsadzeniu do wanny, to zanurzenie buzi w wodzie. Nie raz się zachłysnęła, ale nie potrafię jej tego oduczyć, może macie jakiś sposób, nie mogę jej przecież cały czas trzymać bez ruchu (co zresztą jest niewykonalne)
- schody. To moja zmora, ale na szczęście mam na to sposób, który zamierzam w najbliższych dniach uskutecznić - bramka zabezpieczająca. Nasza stara, która do tej pory leży w częściach gdzieś za szafą, musi wrócić do łask, bo odkąd Sonia zaczęła się przemieszczać, raczkuje za dziećmi w kierunku schodów, a ja boję się, że kiedyś po prostu mogę jej nie zauważyć i będzie kiepsko. Więc - bramka zostanie w najbliższym czasie zamontowana :)
Starszy brat i starsza siostra również mogą być niezłym zagrożeniem. Szczególnie jeśli są niewiele starsi i nie mają wiele więcej oleju w głowie. Przez nieuwagę i w ferworze zabawy mogą zrobić krzywdę.
A na wasze dzieciaki jakie niebezpieczeństwa czają się dookoła?


piątek, 25 kwietnia 2014

Minął rok...

Rok temu, o tej godzinie miałam już moje trzecie dziecko po drugiej stronie brzucha. Jak to było? Ta ciąża była spokojna, choć z zaskoczenia, bardzo dużo emocji, pod koniec pełna napięcia i strachu, zakończona dość szybkim, wywoływanym porodem. Po urodzeniu malutkiej zaczęły się schody, okazało się, że z jej nerkami jest problem, o czym już TUTAJ pisałam. Spędziłyśmy razem miesiąc w szpitalu - Sonia nie miała przez ten czas okazji poznać swojego rodzeństwa, a właściwie nikogo z rodziny, poza mama i tatą... Był to czas tęsknoty, niepewności, strachu czy wszystko będzie dobrze.
Minął rok, przez ten czas przyzwyczailiśmy się do wizyt w szpitalu, chociaż za każdym razem mam stres, co nam powie nasza pani doktor. Na szczęście do tej pory wszystko idzie ku lepszemu, uzbroiliśmy się w cierpliwość i cieszymy się, że przede wszystkim mamy szczęśliwe zdrowe dziecko. Ten miniony rok dał nam wiele łez, ale też wiele radości. Pierwszy uśmiech, pierwsza przewrotka z pleców na brzuch (i odwrotnie), pierwszy ząb, nauka siadania, wstawania, raczkowania. Na pierwsze kroczki jeszcze czekamy, a kiedy to nastąpi, to już teraz wiem, że będziemy musieli mieć oczy dookoła głowy. Sonia nie lubi bowiem stać ani siedzieć w miejscu, lubi ruch i być tam gdzie coś się dzieje. Jak każde dziecko nie lubi być sama, więc kiedy nie ma mnie w zasięgu wzroku zaraz wyrusza na poszukiwania. Wystarczy zawołać ją po imieniu, a na jej buzi pojawia się wielki uśmiech.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać jej umiejętności, zalety, to co lubi robić i czego nie znosi. Ale napiszę tylko: Sto lat córeczko. I dużoooo zdrówka :)


środa, 23 kwietnia 2014

Moje sposoby na to, jak odreagować kiedy dzieciaki dały ci popalić

Każda matka chyba ma takie dni, kiedy ma zwyczajnie dość. Dość karmienia, dość przebierania, dość pocieszania, uspokajania, upominania, mycia, zabawy, gotowania, prania, odkurzania. Dość rozbitych kolan, mokrych od łez oczu, awantur bez powodu i histerii. Dość inhalacji, wmuszania syropów i mierzenia temperatury. No nie wierzę, że jest mama, która nigdy nie miała tego wszystkiego dość. Że nigdy nie przyszedł taki moment, że wszystko się nawarstwiło i mama jest bliska od wybuchu. Jeśli istnieją takie mamy, którym się to nie przydarza to szacunek, ale ja osobiście takich nie znam. Jakie ja mam sposoby, że nie wyżyć się w końcu na dzieciakach? Przede wszystkim muszę się przyznać, że moje sposoby czasem nie działają i zdarza się, że wyładuję swoje emocje na nich, szczególnie jeśli kolejny raz próbują sprawdzać moją wytrzymałość psychiczną i przesuwają jej granicę. Zdarza się i nie jestem z tego dumna, więc szybko potem próbuję się zrehabilitować i wynagrodzić im swoje wybuchy. Jeśli jednak uda mi się opanować to takim sposobem "na gorąco", który pozwala ochłonąć jest policzenie do 10. Czasem do 20. Albo jeszcze dalej. Kiedyś liczyłam w głowie a teraz liczę na głos i moje starsze potwory patrzą na mnie czasem jak na świra, ale często przyłączają się do liczenia i zamienia się to w zabawę. Ja się nieco odstresuję, a one znajdują zajęcie. Na dłuższą metę potrzebuję jednak bardziej skutecznych sposobów, żeby odreagować. Jednym z nich jest moje wieczorne skakanie - teraz jest moda na domowy fitness i ja też jej uległam i choć nie ćwiczę z Chodakowską to nie tylko moje ciało, ale też samopoczucie ulega zmianie na lepsze :)
Innym moim sposobem, żeby nie zwariować przy trójce Potworów i codziennej rzeczywistości jest po prostu ucieknięcie od niej (tej codzienności) chociaż na chwilę co jakiś czas. Faktem jest, że moim wybawieniem jest moja mama, która daje mi taką możliwość, że mogę sobie pozwolić na taką odskocznię raz na jakiś czas. Dla mnie totalnym odstresowywaczem (trudne słowo) jest buszowanie w lumpeksie. No i nie dość, że ja mam lepszy humor to cała rodzina obkupiona za małe pieniądze. Co jakiś czas wychodzimy też z mężem na pizzę, na piwo czy do znajomych. To naprawdę niezły zastrzyk nowej energii i siły. Na takie wyjście trzeba się przygotować, umalować, ubrać inaczej niż po domu, a to też jest dla mnie dawka przyjemności, bo lubię takie zabiegi. Nawet wśród codziennych obowiązków jest to dla mnie jakiś sposób, żeby oderwać się od rzeczywistości i moim zdaniem nic tak dobrze nie robi na poprawę humoru jak zrobienie sobie maseczki, peelingu czy kąpieli w pianie. Uwielbiam takie małe przyjemności.
Troszkę się tych sposobów uzbierało, ale chętnie poznałabym jeszcze inne. Tego nigdy za wiele, w końcu jeszcze wiele lat nasze dzieci będą nas wyprowadzać z równowagi, a my - mamy musimy sobie z tym dzielnie poradzić :)


wtorek, 22 kwietnia 2014

Poświątecznie

Święta, święta i po świętach. Oczywiście mimo moich znikomych przygotowań, na wadze przybyło parę deko. No cóż... nawet więcej niż parę. Ale nic to, dziś nowy dzień, na dodatek piękny i słoneczny. Troszkę zmącony przez biegunkę Sonii, która trwa już od Wielkiej Soboty. Byłam przekonana, że to wirusówka, ale po wizycie u lekarza okazało się, że idą zęby. Faktycznie brak innych objawów może za tym przemawiać, więc czekamy aż wyjdą dwójki.
Nasze święta minęły spokojnie i rodzinnie. Bez wielkich przygotowań i gorączkowego sprzątania i gotowanie. Owszem było ciasto - takie które robię często bez okazji i wiem, że nam smakuje. Sałatki oczywiście też były. Okien niestety nie udało się umyć. A na pewno nie wszystkich. I nic się wielkiego nie stało, naprawdę :)
W Wielki Piątek malowaliśmy pisanki. Nie twierdzę, że moje dzieci nie są artystycznie uzdolnione, ale na pewno typowe standardowe arcydzieła to nam nie powychodziły. Raczej stawialiśmy na wersję modern. Było widać w każdym razie pełne zaangażowanie.
W sobotę dzieciaki poświęciły koszyki, nie są jednak typem, który się wycisza w kościelnych murach. Koszyczki ciągle się wywracały, aż w końcu z jednego z nich wszystko się wysypało - łącznie z solą.
Niedziela i poniedziałek minęły nam na spotkaniach rodzinnych, ale w tym roku troszkę inaczej, bez pośpiechu i ns luzaka. Tak jak lubię.
Teraz powracamy do naszej codzienności i czekamy na kolejne chwile, które będziemy mogli razem spędzić leniwie, odetchnąć od szybkiego życia, od pędu i od stresu, który nam gdzieś tam ciągle towarzyszy.




czwartek, 17 kwietnia 2014

Dzień, w którym odzyskałam sypialnię

W ferworze porządków przedświątecznych (które nota bene w tym roku jakieś chaotyczne) wzięłam się za sprzątanie sypialni i rzeczą oczywistą było przeniesienie łóżeczka Sonii do pokoju Kalinki. Do tej pory był to pokój Kalinki a teraz jest pokojem dziewczynek. Muszę powiedzieć, że z tym krokiem nosiłam się już od jakiegoś czasu, ale zawsze wynalazłam sobie jakieś ale. No i dzisiaj w końcu powiedziałam pas, łóżeczko sama, samiuteńka (choć z asystą) przetargałam do pokoju Kalinki i Sonii.
Pierwsze próby były bardzo udane - drzemka przed- i po-południowa odbyły się bez żadnych problemów. Miałam nadzieję, że tak będzie dalej... Niestety wieczorem Sonia postanowiła zademonstrować swoje niezadowolenie i sprzeciw. Chyba nadal chciałaby spać ze mną... Skoro się jednak powiedziało A... Pomalutku udało się i Maleństwo usnęło. Bałam się jednak, co będzie dalej. Przed nami przecież cała noc. Najbardziej obawiałam się, że Kalinka będzie budzić Sonię i odwrotnie.
Pierwsza noc nie była dokładnie taka, jak bym chciała. Mała budziła się dość często jak na nią. Kręciła się w łóżeczku i ewidentnie przeszkadzała jej lampka nocna, która z kolei uspokaja Kalinkę, kiedy się w nocy przebudzi. W końcu część nocy przespała w moich ramionach w moim łóżku a część w swoim łóżeczku.
Kolejny dzień i kolejne próby. Drzemki dzienne bez problemu i ku mojemu zdziwieniu wieczorem też okazało się że nowe miejsce nie jest już problemem. Sonia, tak ja zwykle do tej pory, usnęła spokojnie odłożona do swojego łóżeczka i przytulona do swojego kocyka. Kalinka również usnęła bez problemów. Spróbowałam nie włączać lampki, zostawiłam za to odsuniętą roletę, dzięki czemu nieco światła księżycowego wpada do pokoju i nie ma kompletnej ciemności. Na razie Kalina nie zgłasza potrzeby włączania lampki, a Sonii to wyraźnie przeszkadzało w wyciszeniu się.
Wieczorem mieliśmy wychodne i trochę się obawiałam, że Sonia będzie się budzić i będziemy musieli szybko wracać do domu, jednak obyło się bez żadnych pobudek. W nocy byłam u niej tylko raz i jeszcze jeden raz nad ranem. Pobudka o 6:20, czyli jak nią - standardowo :) Miejmy nadzieję, że nadal tak pozostanie.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Niedzielny obiadek

Obiecywałam sobie kiedyś, że w niedzielę nie będę gotować... To było zanim pojawiły się dzieci. Teraz niedzielne gotowanie to niemal moja pasja,  mogę popuścić wodze wyobraźni. Ostatnio inspiruję się przepisami z lidla i muszę powiedzieć, że większość jest smaczna (większość czyli 4, które zdecydowałam się wykonać :D). Dzisiaj jednak doszłam do wniosku, że raczej powinnam, czy też powinniśmy tę niedzielę traktować luźniej i trzydaniowy obiad niekoniecznie jest musem. A już na pewno dzieciaki będą bardziej zadowolone, kiedy razem coś zrobimy czy gdzieś pójdziemy, niż z tego że mama spędziła pół dnia w kuchni. Więc od następnej niedzieli luzik - będzie obiad to będzie, a jak nie będzie to najwyżej zamówimy pizzę :) raz czasem też należy ją zjeść.
A na zdjęciu Borys z palmą, robioną na szybko przez moją mamę, bo mi się zapomniało kupić gotowe. Te robione były jednak naprawdę śliczne i niepowtarzalne.


czwartek, 10 kwietnia 2014

O tym co przyniesie przyszłość...

Nastolatka malująca się przed lustrem w łazience, młody chłopak popalający papierosy chowając się rogiem, dziewczyna na dyskotece z piwem w ręce, chłopak wdający się w bójkę w parku... takie i wiele innych obrazków przewija mi się w głowie, kiedy myślę o przyszłości moich dzieci. Jak bardzo świat się zmieni i jak wiele zagrożeń - gorszych niż te, które znamy ze swoich młodzieńczych lat przyniesie. Zaraz potem, gdy łapię się na tych myślach, tłumaczę sobie, że przecież zanim to stanie się moim zmartwieniem minie wiele lat. Czy aby na pewno, tak wiele? Czas pędzi do przodu niesamowicie - tak naprawdę wydaje mi się, że dopiero co chodziłam w pierwszej ciąży z Borysem, a teraz, gdy on ma dopiero 4 lata (albo już 4) ja mam już troje dzieci. I najmłodsze za dwa tygodnie skończy rok! To dopiero tempo. Więc jak mogę przypuszczać, ze ten czas beztroskiego dzieciństwa nie minie jak z bicza strzelił. Zaraz będzie szkoła, a wiadomo, że tam to już zaczynają się pierwsze problemy. I chyba to przysłowie - małe dziecko - mały kłopot, duże dziecko - duży kłopot, nie jest wcale przesadzone.
 Wiem, że ten czas zleci, wiem to i dlatego myślę o przyszłości i o tym, że trzeba te dzieci na nią przygotować. No jak - zabraniać wszystkiego? Pokazywać przez szybę niebezpieczeństwa? Wystawiać na próby? A może pozwolić uczyć się na błędach? No ciężka sprawa... Wszystkie rozwiązania niosą za sobą jakieś skutki, negatywne i pozytywne. Czas pewnie dopiero pokaże. z jakimi problemami przyjdzie nam się zmierzyć i jakie wyzwania wychowawcze będziemy musieli podjąć. Ja chyba jestem zwolenniczką uczenia się na własnych błędach, ale myślę, że trudno będzie mi - jako matce, spokojnie patrzeć na to jak moje dzieci popełniają błędy. Mam jednak nadzieję, że będę potrafiła to jakoś pogodzić i dać im spory margines swobody - oczywiście kontrolowanej :D
Na zdjęciach oczywiście Potworki :) Siostry i Brat :)


wtorek, 8 kwietnia 2014

Dzieci i uczucia

Gniew, złość, niechęć, obojętność, zazdrość, strach, wstyd, litość, współczucie, miłość. Uczucia towarzyszą nam codziennie - każdemu człowiekowi, bez względu na wiek czy płeć. Dorosły człowiek wiele z nich potrafi opanować, schować gdzieś głęboko, zakamuflować... albo wręcz przeciwnie - podsycić i wzmocnić. Te uczucia mają zarówno pozytywny jak i negatywny wydźwięk, a co za tym idzie, potrafią dawać radość i zadawać ból. To oczywiste dla nas - dorosłych, ale pytanie, czy dzieci także zdają sobie sprawę, jak wielką rolę uczucia odgrywają w naszym życiu i ile od nich zależy? Nie, a przynajmniej nie od początku. Tutaj zadanie stoi przed nami - rodzicami, opiekunami. To my musimy im uświadomić jak bardzo można kogoś zranić słowem i jak szybko rówież słowem można go pocieszyć.
Od narodzin kształtujemy nasze dzieci. Oczywiście, że są pewne rzeczy niezależne od nas, ale to do nas należy, żeby pokazać dziecku nie tylko czerń i biel życia, ale też wszystkie jego odcienie. Jeżeli od początku damy mu możliwość wyborów, to czy zawsze wybierze dobrą drogę? Dzieci są czułe, ufne i potrafią bardzo mocno kochać. Ale jednocześnie potrafią być bardzo złośliwe, zazdrosne i nieufne. Ile razy zdarza się, że grupa dzieci upatruje sobie "ofiarę" wśród rówieśników, którą potrafi dręczyć. Za moich szkolnych czasów były takie przypadki, a teraz są jeszcze gorsze. Dzieci popełniają samobójstwa pod wpływem innych dzieci. Czasy się zmieniają i ludzie również się zmieniają. Ale uczucia ciągle pozostają takie same. Tak samo dziś jak kiedyś można zranić słowem, gestem bardziej niż nożem. Tak samo można komuś pomóc odbić się od dna podając mu pomocną dłoń. Nasze dzieci musimy jednak tego nauczyć. Pokazać im jak wielką krzywdę można wyrządzić drugiej osobie. Nie wystarczy o tym mówić. My musimy dzieciom pokazać jak okazywać uczucia. I to nie tylko te dobre. Musimy pokazać naszym dzieciom jak okazywać i opanowywać negatywne uczucia i jak wczuć się w sytuację drugiego człowieka. Dziecko kochać nauczy się zaraz po urodzeniu, ale opanowania nienawiści musimy nauczyć go my - jego rodzice, jego nauczyciele. Do nas ta rola należy i tutaj nie ma miejsca na błędy. Bo my nasze dzieci uczymy nie tylko słowami ale przede wszystkim całym naszym życiem. Nasze zachowania przekuwają się w zachowania naszych dzieci. One są lusterkiem, w którym możemy się obejrzeć. Pytanie, co dostrzeżemy na pierwszym planie?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Niedziela

Rano za oknem deszcz... a planowo miało być grillowanie w ogrodzie, jednak przez kiepską pogodę  mięso wylądowało w piekarniku, a do tego pieczone ziemniaczki i surówka z selera. Było bardzo smacznie, a niedziela minęła nam w rodzinnej atmosferze. Ja co prawda nosa z domu nie wychyliłam, za to dużo czasu spędziłam w kuchni - już wczoraj miałam upiec szarlotkę,za którą szczególnie przepada mój mąż, ale zapomniał kupić jabłka. Wczoraj więc było ciasto jogurtowe - cytrynowe. Tak mu jednak chodziła ta szarlotka po głowie, że rano zabrał dzieciaki i ruszył po jabłka. Potworki oczywiście zachwycone, bo mogły maszerować ze swoimi małymi parasolami. Szarlotka wyszła przepyszna. Szczerze mówiąc niewiele jej już zostało i nawet Soniaczek skosztowała :) Po  obiadku zostałam z dziewczynami w domu, a Borys z tatą pojechali na przejażdżkę (takie tam męskie sprawy). Ponieważ Kalina poszła na swoją popołudniową drzemką dość późno, to obudziła się , a właściwie ja ją obudziłam dopiero po piątej... to bardzo późno i dlatego pozwoliłam dzieciakom po kąpaniu pobawić się trochę dłużej niż zwykle. Postanowili pobawić się w gotowanie, niestety... tłukli się bardzo garami i obudzili śpiącą już Sonię. Szybko więc wylądowali w łóżkach... Uff, a jutro znowu poniedziałek, mam nadzieję, że słoneczny :)



piątek, 4 kwietnia 2014

Co nieco o dobrych radach

Świeżo upieczeni rodzice dostają masę dobrych rad od wszystkich dookoła - mamy, teściowej, cioć, przyjaciółek, koleżanek i znajomych. Czasem zupełnie obcy ludzie potrafią to robić. Sama nie jestem wyjątkiem, i jako "doświadczona" mama trójki dobrych rad udzielam. Pamiętam jednak, jak mnie często te przecież nie złośliwe komentarze denerwowały. Myślałam: Przecież sama wiem najlepiej co mam robić, poradzę sobie z własnym dzieckiem.
Mamę mogłam szybko skontrować, kiedy próbowała nie tylko uczyć mnie zajmowania się dzieckiem, ale sama wprowadzać swoje pomysły w życie. Moja odpowiedź, która zawsze skutkowała to: Wychowałaś już trójkę dzieci, teraz pozwól mi wychować swoje. Najczęściej reakcja była zadowalająca, mogłam spokojnie robić swoje. Oczywiście były i są rzeczy, których moja mama nie odpuszcza nigdy, np. czapka, która musi być zawsze na uszach - nawet wtedy, kiedy ja uważam, że niekoniecznie jest potrzebna. Mama jest po prostu na tym punkcie uczulona i czapeczki na uszkach moich potworków przeważnie są. Już z tym nie walczę. Nie wiem czy miało to jakieś znaczenie, ale trzeba jednak przyznać, że nigdy moje dzieci nie miały problemów zdrowotnych z uszami. Drugą sprawą, której pilnuje mama to kapcie na małych stópkach. No i znów - dla mnie nie jest problemem, kiedy dzieciaki biegają w skarpetkach lub na boso - sama często chodzę bez kapci. Ale babci od razu zapala się w głowie czerwona lampka i goni te moje potworki do ubierania kapciuszków. Oczywiście mnie też się obrywa, kiedy dzieciaki są na bosaka. A niech jeszcze złapią katar - od razu słyszę, że to przeze mnie bo nie pilnuję kapciuszków.
Coraz rzadziej słyszę dobre rady od obcych mi osób, ale był taki okres, że starsze panie namiętnie zaczepiały mnie na ulicy lub w sklepie. Zdarzyła się nawet taka sytuacja, kiedy pewna pani założyła mojemu dziecku jadącemu w wózku skarpetki, które cały czas spadały. Ja już dałam spokój, bo musiałabym je zakładać co 2 minuty :)
Koleżanki raczej nie porywały się na udzielnie mi rad, bo byłam w zasadzie pierwszą mamą w towarzystwie. Teraz zdarza mi się udzielać rad, mam nadzieję, że robię to niezbyt natrętnie. Zdarza się też, że ktoś zwraca się o radę do mnie. Zabawna sytuacja spotkała mnie kiedyś w sklepie. Mierzyłam w przymierzalni część bielizny zwaną stanikami (dobieranymi przez panią, która się tym zajmuje), kiedy zadzwoniła do mnie znajoma mama z pytaniem - co robić w przypadku biegunki. Oczywiście przekazałam jej całą moją wiedzę jaką na ten temat posiadałam, a kiedy skończyłam rozmawiać, pani ekspedientka spytała czy jestem lekarzem. Odpowiedź była taka oczywista - nie, jestem mamą :)




środa, 2 kwietnia 2014

Taki ważny dzień

Dzisiaj światowy dzień książki dla dzieci. Oprócz tego również Światowy dzień Autyzmu i rocznica śmierci papieża Jana Pawła II. Trzy takie ważne dni.
Ponieważ nie mam żadnego doświadczenia z autyzmem, również mało wiedzy na ten temat, napiszę tylko jak wielkim szacunkiem darzę rodziców dzieci, których ta choroba dotknęła. Myślę, że rodzic dziecka bez autyzmu, nie jest w stanie pojąć jak wielki to trud i jak bardzo trzeba zmienić swoje życie, swój sposób myślenia i pogodzić się z myślą o inności naszego dziecka. Tym bardziej czuję wielki podziw.
Papież to człowiek, który połączył serca Polaków - za życia i po śmierci. Dokładnie pamiętam ten wieczór, kiedy odszedł, choć nie był jakiś szczególny. To był smutny czas, który zjednoczył Polaków - zaczęli nazywać się pokoleniem Jana Pawła II. Teraz z perspektywy czasu widzę, że nasz naród lubi takie zrywy pod wpływem emocji, pod wpływem takich wielkich wydarzeń. Nie do końca przekłada się to na codzienność, na rzeczywistość, która następuje potem. Ale na pewno ślad zostaje w każdym z nas, a to bardzo ważne.
I ostatnie święto - nawet nie wiedziałam do dzisiaj, że jest taki dzień, jak Dzień książki dla dzieci. Od razu na myśl mi przyszła moja pierwsza książka, która do dzisiaj darzę sentymentem. Jest to książeczka pt. "Karolcia" Marii Kruger. Cudowna ciepła opowieść o dziewczynce, która znajduje niebieski koralik i dzięki niemu przeżywa masę niesamowitych przygód i poznaje różne dziwne postaci. Tą książeczkę przeczytałam jako dziecko wiele razy i mam nadzieję, że moim dzieciom też się spodoba.


wtorek, 1 kwietnia 2014

Ząbkowanie - ciężki czas

Ząbkowanie daje nam się we znaki. Kilka dni temu wyszła górna jedynka i już myślałam, że na jakiś czas mamy spokój ale gdzie tam. Wczorajsza noc była spokojna do północy, a potem się zaczęło - w łóżeczku źle, na rączkach źle, w każdej pozycji źle... środek przeciwbólowy nie zadziałał tak jak miałam nadzieję, a wręcz było jeszcze gorzej. W końcu Małej udało się usnąć około 3:00 nad ranem. Na szczęście jak już usnęła to spała do 7:30, starsze dzieci też zrozumiały powagę sytuacji i nawet troszkę dłużej pospały. Do przedszkola szykowaliśmy się w biegu, ale nic to. Najważniejsze, że organizm się troszkę zregenerował. Ciężko temu mojemu potworkowi zajrzeć do buzi, więc cały dzień miałam nadzieję, że może jednak ta druga jedynka też się przebiła. Skoro tak dała w kość maluszkowi... niestety, moje czcze życzenia. Spodziewam się kolejnej ciężkiej nocy.
Przypomniałam sobie, że Kalince, która równie ciężko znosiła ząbkowanie, podawałam lek homeopatyczny o nazwie Camilia i nawet działał (może nie aż tak jakbym chciała, ale była duża różnica). Niestety nie mogłam go dostać wczoraj w mojej aptece a dziś wyleciało mi to z głowy. Spróbuję zapytać o niego jutro w innych aptekach, może i na Sonię zadziała i ulży w cierpieniach. Choć cały czas mam nadzieję, że już nie będzie potrzeby, bo ząbek jutro się pojawi.
Niestety nie działają u nas żadne maści, którymi smaruje się dziąsła. Jest ich kilka rodzajów, ale wręcz powodują, jeszcze większe rozdrażnienie, a nie o to przecież chodzi.
Na pewno ulgę przynoszą różne dziwne przedmioty, które Sonia wkłada do buzi, przede wszystkim typowe gumowe gryzaki. Gdzieś czytałam, że można je schować do lodówki i podawać dziecku takie zimne, podobno przynosi to ulgę obolałym dziąsłom. Ale szczerze mówiąc nie próbowałam tego sposobu. Widzę za to, że Mała bardzo lubi "gryźć" marchewkę i jest wtedy wyraźnie zadowolona. Można też użyć własnych palców do masażu dziąseł, jeśli tylko dziecka to nie denerwuje.
Na szczęście ząbkowaniu nie towarzyszą inne dolegliwości a wiem, że inne mamy zmagają się dodatkowo z gorączką, katarem, biegunkami i często dzieciaczki odmawiają jedzenia. U nas na szczęście tego nie ma i mam nadzieję, że nie będzie.
Jak Wasze maluchy znosiły i znoszą ząbkowanie i jak sobie z tym radzicie? Macie może jakieś sprawdzone specyfiki, czy po prostu trzeba ten czas przetrwać?