czwartek, 22 stycznia 2015

Rodzić z mężem czy bez męża?

Porody mi się przypomniały :)Może z racji tego, że nowe dzieci będą niedługo w moim najbliższym otoczeniu. I tak przy tych wspomnieniach zaczęłam się zastanawiać czy dobra była moja decyzja, żeby rodzić samej (tzn. bez akompaniamentu męża). W dzisiejszym czasach jestem  chyba w mniejszości, większość tatusiów uczestniczy w tym wydarzeniu, czy mają na to ochotę czy też w głębi duszy nie bardzo. Wszak ciężarnej żonie się nie odmawia, a nuż wpadnie w dziką histerię i będzie płakać, krzyczeć i wyrywać sobie włosy z głowy (ja na przykład raz w taką wpadłam, ale z innego powodu).
Ja też chciałam żeby tata był przy porodzie i mimo, że on był powiedzmy to sobie szczerze niezbyt pewny,  że też tego chce, to było postanowione, że będzie. Do czasu. Decyzja została podjęta jakby bez mojego udziału, bo w tym czasie kiedy na świat przyszedł mój pierworodny w szpitalu panowała epidemia grypy, wszystkie porody rodzinne było odwołane. Ba, nawet odwiedziny było odwołane i tatuś widział syna dopiero na drugi dzień przez szybę. Jakoś dałam sobie radę, a nawet powiedziałabym, że świetnie dałam sobie radę :) i  z perspektywy czasu jestem zadowolona, że tak się sytuacja ułożyła.
Gdzieś w sieci krążył filmik z narodzin dziecka Robiee Wiliamsa - on tam wyczyniał dzikie tańce i śpiewy podczas gdy jego żona przeżywała katusze. To niezły punkt odniesienia - jeden partner będzie troskliwie masował po karku a inny swoim zachowaniem będzie pogłębiał nerwy.
 Kolejne porody również przeżyłam bez męża - już z własnego wyboru. Można powiedzieć, że nikt nikogo do niczego nie zmuszał, a wiem że w niektórych przypadkach tak jest. Jednocześnie podziwiam i szanuję też decyzję tatusiów, którzy decydują się aktywnie uczestniczyć w przyjściu na świat swojego dziecka i przecinają pępowinę. Skoro dla matki jest to takie niezapomniane przeżycie to myślę, że dla ojca również i tylko pod tym kątem mogę żałować, że mojego męża nie było przy mnie podczas narodzin naszych dzieci.

Na zdjęciu Borys z tatą - pierwszy dzień w domu :)









8 komentarzy:

  1. U nas mąż chciał być przy pierwszym, po nim stwierdził że dla mojego bezpieczeństwa woli wszystko mieć pod kontrolą. Dzięki temu że był przy mnie przy drugim porodzie nie urodziłam sama bo położna gdzieś znikła a mąż ją radarem wyczaił, przy trzecim to mnie rozsmieszał do łez i większość skurczy przegapiłam. Teraz twierdzi, że go nie będzie, a jak mowie, ze Oki to twierdzi jak ja sobie sama poradzę? No trudne pytanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Siedzieliśmy razem, na początku sobie gadaliśmy, masował plecy, przytrzymywał na piłce, chodziliśmy po korytarzu (mieliśmy to szczęście, że nasz poród był tym jedynym), było fajnie, potem dostałam relanium i trochę pospałam, a jeszcze później to już praktycznie nie kontaktowałam z bólu, a w ostatecznym momencie i tak go wyproszono bo musieli użyć próżnociągu (stało nade mną nagle z 7 osób bo pojawiły się komplikacje) bo córa w życiu sama by nie wyszła okręcona dwukrotnie pępowiną, zawołali go na przecięcie pępowiny. Myślę, że to przede wszystkim dobry patent na to, żeby wszyscy z załogi (położna, lekarze) byli dla mnie mili. A mąż przy okazji widział moje cierpienie i wiedział że to nie przelewki, wychwalał mnie jaka dzielna byłam, choć pod koniec naprawdę nie wiedziałam co się dzieje, byłam jednym wielkim skurczem, ale po 26h wyszło moje cudo ukochane :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy blog. Zapraszam też do mnie. www.blog.bajdocja.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Uważam, że lepiej rodzić samemu:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Trudne pytanie, ale chyba samemu lepiej

    Wypas owiec moją pasją
    Pozdrawiam i zapraszam

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wyobrazam sobie by nie bylo mojej osoby gdy moja miłość by rodzila mojego potomka. Zdecydowanie. Koniecznie zajrzyj do Nas :) http://owczyser.com.pl/ekologiczny-wypas-owiec/

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad.